3 września 2011

Opieka zdrowotna

Akurat jest to temat "na czasie", bo rozchorowałam się niestety. Rzadko choruję, a jeśli już to rozkłada mnie na obie łopatki i ciężko przechodzę. Niestety musiałam skorzystać z tutejszego szpitala. Akurat pechowo rozchorowałam się w bayram (koniec ramazanu). W bayram ciężko coś załatwić, bo to jest święto i niby wszystko jest pozamykane. Zatem poliklinika w szpitalu publicznym w Famaguście była zamknięta, a lekarz w wiosce obok miał wolne i nie było go w punkcie medycznym. Niestety musiałam zatem skorzystać z Izby Przyjęć, bo domowe leczenie się nie przynosiło efektów. Unikam tutejszych szpitali państwowych jak ognia. Jest ich kilka, najstarszy znajduje się w Nikozji i nazywa się Dr Burhan State Hospital - przestrzegam przed tą placówką. Tam czas zatrzymał się w dniu otwarcia szpitala, czyli gdzieś w latach 70tych. Stary zdezelowany sprzęt, brudno, ciemno, łóżka stare, okropny zapach starego szpitala. Z tej placówki musiałam skorzystać tylko raz i po tym powiedziałam sobie, że to pierwszy i ostatni raz (mam nadzieję). Musieliśmy z mężem poddać się tam badaniu na tzw. anemię śródziemnomorską (talasemia, co to jest możecie poczytać tu), wynik badania był Nam potrzebny do ślubu. Nie wiem dlaczego trzeba się na to badać, nie wiem dlaczego ja musiałam , skoro nie pochodzę z tego rejonu geograficznego, więc nie mam tej choroby zapisanej w genach, a nie jest to choroba wirusowa? No cóż badanie było okropne, polegało na co prawda tylko pobraniu krwi, ale było to dla mnie traumatyczne przeżycie. Nie dość, że gdyby okazało się, że któreś z Nas jest chore nie moglibyśmy wziąć ślubu, to jeszcze warunki w jakich pobierano Nam krew były koszmarne. Niestety tylko ten szpital robi to badanie, wiec nie mogliśmy "uciec" do innego szpitala np. prywatnego. Poszliśmy się wtedy zarejestrować w poradni, która znajduje się na terenie szpitala, ale nie w jego głównym budynku. Przy rejestracji dostaliśmy 2 probówki do reki i kazano Nam przejść się do głównego gmachu szpitala i tam poszukać punktu poboru krwi. W międzyczasie za to badanie musieliśmy zapłacić 10 TL (ok. 20zl), wiec pierwsze nasze kroki skierowaliśmy do kas. Pani w kasie zabrała Nam te probówki, nalepiła na nich zwykły plaster (coś na kształt plastrów jakie były u nas w latach 80-90tych z odkręcanej szpulki), na którym napisała nasze imiona i nazwiska. Po zapłaceniu oddala nam fiołeczki i powiedziała gdzie mamy iść. Pokręciliśmy się przez kilka oddziałów z chorymi i na końcu korytarza była długa kolejka do pielęgniarki, która siedziała i pobierała krew zupełnie jak w fabryce przy taśmociągu. Miala założone rękawiczki, których nie zdejmowała. Przede mną było ze 20 osób i ani razu tych rękawiczek nie zdjęła, nie zmieniła na nowe. Powiedziałam mężowi, (wtedy narzeczonemu), ze ma jej powiedzieć, żeby zmieniła przy mnie na nowe. Pamiętam ten moment, zrobiła takie zdziwione oczy, zaczęła się wykłócać, że jak to, jej rękawiczki są czyste itp. Byla strasznie zła i z wielkim wyrzutem, ale zmieniła te rękawiczki na nowe, mówiąc coś pod nosem. Usiadłam i podałam jej lewa rękę, na której zrobiła zacisk używając w tym celu innej gumowej rękawiczki - strasznie to bolało. No a potem, jak mi ogóle wbiła, to zobaczyłam słońce i gwiazdy z orbity naszego księżyca, ból przeogromny, nie bałam się nigdy pobierania krwi, ale to było najgorsze w moim życiu - myślę, ze zrobiła to specjalnie, przez te awanturę o te rękawiczki. Nie wiem gdzie trafiła ta igła,czy w nerw czy w ścięgno, grunt, ze po pobraniu krwi, miejsce to mi spuchło, zrobiło się sine, przez 4 dni nie mogłam rosząc ręką, ani zginać, ani prostować, do tego nie mogłam utrzymać pustego kubka, bo miałam jakby zdrętwiałe palce, nie chciały mi się zginać. Po pobraniu krwi dostaliśmy cieple fiolki do raki i znowu ta sama drogę musieliśmy pokonać do tej poradni. Balam się, ze się tam czymś zarazimy, trauma straszna. Na szczęście wyniki były negatywne, wiec dostaliśmy papier ze szpitala, ze nadajemy się zdrowotnie do zawarcia ślubu. dla mnie to było coś śmiesznego, ze wynik badania krwi na jakaś choroba ma przesadzić o przyszłości dwojga ludzi? Nie wiem kto to wymyślił. Nie wiem czy w Turcji jest coś takiego? Po greckiej stronie wyspy też trzeba się badać przed ślubem? (to pytanie do tych, którzy czytają mojego bloga z południowej strony Cypru).
Nieco lepszym szpitalem  jest Famagusta State Hospital, nowszy, lepszy sprzęt, ALE niestety podobnie, brudny, podejście do pacjenta tragiczne, bez uśmiechu na tzw. "odczep się" albo z wielkiego przymusu. Jeszcze  2 lata temu był tam wysoki standard, czysto, ładnie, ale teraz widzę, ze im jakby przestało zależeć i robić się z tej placówki to samo co z Czasem czuje się tam jak w szpitalu gdzieś w kraju 3ego świata, brudno, nikt nie chce lub nie potrafi mówić po angielsku, wiec dogadanie się z kimkolwiek graniczy z cudem, do tego pobieranie krwi czy robienie zastrzyków odbywa się bez zakładania sterylnych rękawiczek, trzeba pilnować i patrzeć im na ręce. W zeszłym roku miałam problemy z nerkami, byłam m.in na pobraniu krwi i znowu ten sam problem, zakładanie rękawiczek. Pielęgniarka powiedziała, że jak mi się nie podoba, to mam wyjść, ale ona nie będzie zakładać rękawiczek, że albo usiądę i pobierze mi krew, albo mam sobie iść. Wstałam , wyszłam, poczekałam 30 min, była zmiana personelu i już za 2 razem, siostra te rękawiczki założyła na moje życzenie, ale jak pobrała mi krew, to je zdjęła i innych obsługiwała już bez, nawet dzieci. Gigantyczne kolejki, niby sa numerki, ale i tak dochodzi do kłótni i przepychanek zarówno na rejestracji, jak i pod gabinetami lekarskimi oraz w laboratorium. Porządku pilnują tam panowie, nazywam ich "kolejkarzami", bo to oni wydaja pisane na kartonikach numerki do laboratorium i nawołują wg listy, który nr ma teraz wejść.
Na Izbie przyjęć w szpitalu w Famaguście, czekałam 50 min na swoja kolej, chociaż nie było dużo pacjentów przede mną. Lekarka nie mówiła po angielsku, ani nikt z personelu, wiec mój mąż robił za tłumacza (jak zwykle zresztą). Dlatego korzystam ze szpitala prywatnego w Famaguscie. Zupełnie inny standard, jakbyśmy z podrzędnego hostelu trafili do hotelu 5 gwiazdkowego. Spokojnie każdy mówi po angielsku, lekarze mili, gabinety czyste i każdy zakłada rękawiczki. Bez stresu, bez obrzydzenia. Niestety za wizyty trzeba dość słono płacić - ok. 70 TL (ok. 140zł) do tego jeśli lekarz zleci badania w laboratorium trzeba za nie oddzielnie płacić. Natomiast za wizytę kontrolną nie płaci się nic.
Z mężem chodzimy jednak przy mniej istotnych dolegliwościach do szpitala państwowego, ponieważ jesteśmy ubezpieczeni i opiekę mamy za darmo, a wiadomo, że za zwykłe przeziębienie czy grypę nie warto płacić 70TL, dla Nas to dużo. Chociaż w zeszłym roku raz zdarzyło się, że za pobranie krwi kazano Nam zapłacić 20 TL (ok. 40zł), pamiętam, że wtedy rząd nie dopłacił czegoś do opieki zdrowotnej (był strajk)  i dlatego wprowadzono na jakiś czas opłaty za badania laboratoryjne. W każdym razie część lekarzy z prywatnych szpitali pracuje także w państwowych, jest to normalne, w prywatnych sobie dorabiają do pensji. Zdarza się trafić w państwowym na naprawdę dobrego lekarza, który się zaopiekuje i da serie potrzebnych badan.  Ja trafiłam na młodego doktora urologa z Turcji, który wyleczył mi nerki, z którymi borykałam się latami w Polsce, gdzie lekarze nigdy nic nie wiedzieli. Jedyny plus jaki tu zaobserwowałam i co mnie w sumie zdziwiło za pierwszym razem, to fakt, ze wyniki badan dostaje się od reki. Na RTG czekałam 2-3 minuty, przy dużej ilości pacjentów czeka się maksymalnie 10 min. Podobnie z wynikami krwi, moczu itd. Dostaje się za kilkanaście minut, lub po południu tego samego dnia. Pamiętam, ze w Polsce tak nie było. i chyba nadal nie  jest? Na wyniki musiałam czekać nawet kilka dni. Tu w każdym szpitalu czy to prywatny czy państwowy laboratoria są na miejscu, co skraca czas oczekiwania. Każdy wynik jest wpisywany do systemu komputerowego i dostajemy go w postaci wydruku z komputera, także nawet jeśli wynik zagubimy, możemy go zawsze odtworzyć.
Problem jest natomiast ogólny z rejestracja do szpitala. Mnie już rejestrowano 4 razy w szpitalu państwowym, źle wpisywano moje nazwisko panieńskie, a to literki poprzekręcano w moim imieniu. Ostatnia rejestracja nastąpiła teraz na Izbie Przyjęć, bo nie mogli znaleźć mnie w systemie. Zapewne jeszcze nikt nie zmienił mi nazwiska z panieńskiego na obecne, mimo, ze specjalnie byłam w szpitalnej rejestracji, zaraz po powrocie z Polski, żeby te kwestie uregulować, jak widać zastosowano tu metodę cypryjska czyli tzw "jutro, jutro". Mój mąż był również rejestrowany 2 razy, bo poprzekręcano jego nazwisko (a wcale trudne nie jest) i imię. Czasami dziwię się i zastanawiam, kto siedzi na tej rejestracji...? Jeszcze rozumiem moje dane łatwo przekręcić, bo nie jestem stąd, ale męża, który ma przecież tureckie imię i nazwisko i jeszcze w tym robić błędy?
Inna historia to poddawanie wszystkich rezydujących tu obcokrajowców (studenci, emeryci, małżonkowie bez obywatelstwa Cypru Północnego - jak ja, pracownicy zagraniczni) badaniom na choroby tzw. "cywilizacyjne", takie jak: gruźlica, HIV, Syfilis, Kiła, WZW itp. Badania są potrzebne do uzyskania wizy rezydenta. Niedawno wprowadzono zasadę, że bada się osoby do 65 roku życia co roku (przy każdym odnowieniu tejże wizy), a osoby starsze powyżej 65 roku życia, raz na 5 lat (bodajże). Badanie to możemy zrobić w każdym szpitalu, koszt jest taki sam 60TL (ok.120zl). Wynik badania krwi otrzymuje się po kilku dniach. Wcześniej trzeba poddać się próbie tuberkulinowej, która wykluczyć ma gruźlicę. Lekarz musi sprawdzić po kilku dniach jak zachowuje się blizna po zastrzyku i jeśli nie odbiega od normy, możemy iść na pobranie krwi na w/w wirusy. Wyniki są zawsze wydawane w zamkniętej kopercie, zamknięcie jest stemplowane stemplem placówki i podpisem wydającego. Nie wolno Nam jej otworzyć, prawo do otwarcia tej koperty ma wyłącznie urzędnik z wydziału imigracyjnego, gdzie dowiemy się czy dostajemy wizę czy deportacje, jeśli np któraś z tych chorób (a w szczególności HIV) będzie mieć wynik pozytywny. Kopertę musimy podać przy składaniu dokumentów, do tego czasu żyjemy w niepewności, szczególnie ja, bo boje się, ze zostanę zarażona przy pobieraniu krwi WZW C lub HIV, przez brak higieny w szpitalu i braku używania jednorazowych rękawiczek, dlatego unikam jak tylko mogę państwowych szpitali, a szczególnie pobierania tam krwi itp.
Zasada nr 1 - nie chorować, jeśli już to biec do szpitali prywatnych, ewentualnie zasada nr 2 - w państwowym szpitalu szukamy lekarza, młodego, który skończył medycynę w Turcji, a nie na wyspie (studia medyczne oferują prawie wszystkie tutejsze uniwersytety), będzie szansa na to, że będzie mówił po angielsku i fachowo się zajmie pacjentem, zasada nr 3 - prosić i wykłócać się o zmienianie i zakładanie przy Nas jednorazowych rękawiczek!!!
Zastanawia mnie jak tu się przeprowadza wszelkie operacje, też bez rękawiczek? A może ciągle w tych samych? Zgroza...strach pomyśleć jak to wygląda - oby nie było mi dane tego doświadczać. Ciekawa dla mnie jest postawa personelu, ich beztroska, czy nie zdają sobie sprawy, że przez nie zakładanie rękawiczek sami mogą siebie narażać, a nie tylko pacjentów? A może to cypryjskie lenistwo? Zastanawia mnie jak to jest z opieką zdrowotną w południowej części wyspy i w Turcji. Wiem, że mam czytelników, także z innych krajów. Opiszcie w komentarzach co sądzicie na ten temat i jak to u Was jest, jak to się odbywa. Może wywiąże się ciekawa dyskusja na ten temat?
Kończąc ten wpis życzę wszystkim moim czytelnikom dużo zdrowia !!! Obyście nigdy nie musieli korzystać z tutejszych i w ogóle wszelkich szpitali państwowych i nie tylko :)


31 sierpnia 2011

Sezon na polowania.

Sezon na polowanie ogłaszam za rozpoczęty. Co chwila z tyłu za moim blokiem, gdzie rozciągają się puste pola uprawne i te nie uprawiane, rozlega się głośny wystrzał z broni myśliwskiej. Zatem znak, że blisko do jesieni, a sezon na zwierzynę dziką jest w pełni. Co środę i weekendy od wczesnych godzin rannych do zmierzchu można polować na wybrane gatunki zwierząt (część opisałam tutaj). Aby wciąć udział w polowaniu trzeba spełnić pewne wymogi. Ot tak ze zwykłą śrutówką nie można sobie iść w pole. Trzeba mieć pozwolenie na broń, być pełnoletnim, niekaranym. Co roku trzeba takie pozwolenie odnawiać, to też są pewne koszty, bo są opłaty. Zabronionym jest polowanie w terenie zabudowanym (chyba oczywiste dlaczego), ani nie bliżej budynków mieszkalnych niż 500 m. Część myśliwych poluje dla sportu, inni dla pożywienia. Wolno w tym roku polować na tylko 3 gatunki ptaków, zabronione zostało (w końcu!) polowanie na góropatwy skalne i frankoliny oraz dzikie króliki. Najwyraźniej ich populacja musiała w ostatnim czasie bardzo się uszczuplić, skoro w tym roku zakazano polowania. Broń musi być zarejestrowana, podobnie jak naboje - ich liczba jest sprawdzana i spisywana. Broń przed wydaniem pozwolenia jest dokładnie sprawdzana, musi być sprawna technicznie i bezpieczna. Bezwzględnie trzeba być zarejestrowanym jako myśliwy i posiadać odpowiednią licencję.

28 sierpnia 2011

Komunikat Ambasady RP

Poniżej wklejam link i treść komunikatu zamieszczonego przez Polską Ambasadę RP w Nikozji (strona południowa wyspy), odnośnie tej części Cypru. Pogrubiłam najciekawsze zdanie, które wywołało uśmiech na mojej twarzy :) Oto treść komunikatu:

Komunikat na temat wyjazdów turystycznych do tzw. Tureckiej Republiki Cypru Północnego
2011.08.09
Z uwagi na powtarzające się przypadki organizacji przez działające w Rzeczypospolitej Polskiej biura podróży pobytów turystycznych obywateli polskich na terytorium tzw. Tureckiej Republiki Cypru Północnego, Ministerstwo Spraw Zagranicznych informuje, że: 
  1. Polska, tak jak inne państwa UE, nie utrzymuje stosunków dyplomatycznych z tzw. Turecką Republiką Cypru Północnego.
  2. Ministerstwo Spraw Zagranicznych zwraca uwagę, że lotniska położone na terytorium tzw. Tureckiej Republiki Cypru Północnego nie są dopuszczone do międzynarodowego ruchu lotniczego, co stanowi element wysokiego ryzyka dla bezpieczeństwa polskich obywateli.
  3. Tzw. Turecka Republika Cypru Północnego nie jest stroną konwencji wiedeńskiej o stosunkach konsularnych z roku 1963, najistotniejszej w sprawach konsularnych umowy międzynarodowej. Brak jest także innego porozumienia regulującego kwestię wykonywania funkcji konsularnych na tym terytorium. Oznacza to, że wykonywanie opieki konsularnej nad obywatelami polskimi przebywającymi na terytorium tzw. Tureckiej Republiki Cypru Północnego, nie jest możliwe.
Prosimy o branie tych faktów pod uwagę przy podejmowaniu decyzji o wyjazdach turystycznych do tzw. Tureckiej Republiki Cypru Północnego.

Marcin Bosacki
Rzecznik Prasowy MSZ

Link: http://www.nikozja.polemb.net/

Nawet nie wiem czy komentować ten komunikat. Wydaje mi się, że warto było go tu zamieścić tak na wszelki wypadek.

Odnośnie śmieszności punktu 2 w tym komunikacie, to nie ma tu dwóch lotnisk działających, jest jedno - Ercan. Korzystałam z niego wielokrotnie i jest ono dużo bardziej bezpieczne od Warszawskiego Okęcia. Drugie w Geçitkale (gr. Λεuκονοικο), stare lotnisko od wielu lat jest wyłączone z całkowitego ruchu lotniczego. Nie rozumiem też o jakim elemencie ryzyka wspomina autor? Zdarzają się, co prawda sytuacje, gdzie konsul musi reagować ponieważ turyści, którzy pierwotnie przylecieli wyłącznie na stronę północną, przechodzą z niej na południową co według greków cypryjskich jest próbą nielegalnego przekroczenia granicy. Podobnie kiedy turysta chce wjechać swoim samochodem, którym przybył z Turcji. Jest to jednak jedyne ryzyko, które świadczy o braku wiedzy turystów.

26 sierpnia 2011

O zwierzętach i stosunku do nich

Dzisiaj temat dla obrońców wszystkich zwierząt. Stosunek turków cypryjskich do zwierząt domowych i dzikich. Generalnie ja miłośniczka zwierząt, wychowująca się z różnej maści zwierzętami od kołyski, cierpię wielokrotnie widząc (na szczęście nie zawsze,) smutną rzeczywistość z jaką przyszło żyć tu zwierzętom. Nie dość, że upały, problemy z wodą do picia i cieniem - mało drzew ogólnie na wyspie - to niezbyt opiekuńczy właściciele. Na szczęście nie wszyscy są tacy. Jednak podejście do zwierząt w ogóle jest tu zupełnie inne niż w Polsce czy innych krajach Europy. Najgorzej jest na wsiach, w miastach lepiej, aczkolwiek wszędzie spotkamy hordy dzikich kotów, brudnych, pokaleczonych, głodnych, które nie dadzą Nam żyć podczas jedzenia na zewnątrz restauracji czy barów.Jest to typowy obrazek z jakim styka się turysta np. zwiedzając starą część Nikozji czy rynek w Famaguście. Podobnie jest w porcie w Kyrenii, jednak tam zaobserwowałam znacznie mniej dzikich kotów. 

 Dzikie koty z Nikozji
Ogólnie populacje dzikich zwierząt w miastach (koty, psy, myszy, szczury) likwiduje się przez podkładanie trutek w pokarmie. Trucizna jest jak najbardziej legalna, można ja tu kopic w sklepie wraz z rożną ilości ą i wielkością pułapek, łapek, lepów itp. To, że potem takie zwierze umiera w męczarniach i wykrwawia się na śmierć nikogo nie obchodzi, ważne, ze się kłopotu pozbyło. Bardzo często trutki rozkładane są po wsiach, dlatego psy na noc zamyka się w kojcach. Niestety najczęstszą ofiarą trutki na gryzonie, padają wygłodniałe koty lub psy brane przez obcokrajowców na spacer na smyczy czy luzem. Było wiele takich przypadków, opisanych przez gazety.
Na wsiach zwierzęta często są pozostawione same sobie, szczególnie te, z których nie ma jako takiego pożytku dla człowieka, na których nie da się zarobić, mowa o psach i kotach. Inny inwentarz gospodarski jest traktowany w miarę dobrze, jednak daleko od dobrych warunków, w których żyją np. u nas w Polsce. Nieliczne krowy trzymane są przez większość część roku w prowizorycznych oborach, które zazwyczaj składają się z 3 ścian i pseudo dachu, czasami jest tylko sam dach wsparty na słupach. Zwierzęta są brudne, nie wiem czy w ogóle myte w całości, nie ma automatycznych poideł, ani karmników. Wygląd takiej krowy w lecie jest różny: od ładnej zadbanej, aż po skrajnie wychudzoną, na której można z powodzeniem policzyć jej wszystkie kości. Zależy od dobrej woli właściciela i jego podejścia. Krowy trzymane są tu głównie na mleko i na mięso. Chyba tylko raz czy dwa widziałam wielką farmę krów, które trzymane są tam z przeznaczeniem wyłącznie na mięso. 
Najlepiej chyba mają się owce i kozy, które są wypasane cało rocznie, niektóre nawet samopas na tzw. półdziko, które trzeba zaganiać niczym jak w amerykańskim westernie z użyciem lin, psów, naganiaczy - chciałabym to kiedyś zobaczyć na żywo. Koza i owca to taki typ przeżuwacza, że zje wszystko, dlatego zawsze są najedzone, zadbane, w miarę czyste, chociaż nie strzyże się ich, nawet w upał owce chodzą obwieszone kilogramami wełny. Niejednokrotnie stada takie liczą od kilkunastu do kilkudziesięciu sztuk. Nie srogi im upał, brak wody i cienia, radzą sobie świetnie. Podobnie z drobiem, który drepcze sobie wokół domów lub w zagrodach, mają się dobrze, bo jedzą resztki zielone ze stołów i posiadają zadaszone kurniki czy woliery.

Kozy i owce w Karpaz

Najgorzej mają tu konie i osły, zarówno te gospodarskie, jak i dzikie. Jest tutaj bowiem, rezerwat dzikich osłów w Karpaz. Brak dostępu do świeżej wody często kończy się dla nich tragicznie. Niby są w rezerwacie rządowym, niby jest jakaś organizacja, która jest wspiera,  ale tylko dzięki wsparciu miejscowych z okolicznych wsi ,   którzy przywiozą im wodę i suchy chleb dają rade przetrwać najgorętszy okres roku. Rząd niestety nie robi nic, żeby polepszyć ich byt. 
 Dzikie osły w rezerwacie w Karpaz
Osły z gospodarstw i konie są trzymane głównie do jazdy wierzchem, rzadziej do prac polowych. Ewentualnie w przypadku koni trzymane są tez dla, w pewnym sensie prestiżu właściciela, chęci pokazania sąsiadom, że o "mam konia, jestem bogaty", lub dlatego, że lubią na konie sobie popatrzeć. Zwierzęta te bardzo potrzebują świeżej zieleniny, dostępu do wody pitnej, która pomaga im trawić, dużego, ogrodzonego wybiegu z cieniem. Obrazek konia i osła na typowej wsi cypryjskiej jest taki: zwierzę stoi w szczerym nie ogrodzonym polu, na łańcuchu przymocowanym do czegoś co ma przypominać kantar (ogłowie) lub do obroży założonej na szyję. Ów łańcuch, ewentualnie zastąpiony mocna taśmą z płótna tkanego grubo lub grubej liny jest przymocowany do kołka wbitego w ziemie i tak koń czy osioł chodzą w kółeczko na postronku bez możliwości jedzenia czego chcą i jak chcą. Straszny to widok, kiedy ów pseudo kantar jest opleciony dodatkowo łańcuchem, który wrzyna się w górna nasadę nosa. Kocham konie, jeżdżę na nich od kilku lat, dlatego  wszelkie kopytne są mi bardzo bliskie często taki widok jest dla mnie nie do zniesienia, kończy się moim płaczem i w głębi duszy chęcią zabicia takiego właściciela wałkiem od ciasta. Można mówić i tłumaczyć, ale chłop ze wsi, wlasciciel nie posłucha jakieś tam baby, ba  baby w ogóle nie posłucha, a już do tego obcej, która przyszła się wymądrzać na jego polu, on wie lepiej i koniec. 

 Osiołek na wsi
Mąż mówi, że gdybym mogla chyba wykupilabym wszystkie biedne zwierzęta od ludzi i trzymała je w domu - myślę, że gdybym była milionerką dawno by do tego doszło. Mentalność ludzi odnośnie zwierząt tu jest bardzo dziwna, nie wiem skąd się bierze, z ich nie wiedzy czy z lenistwa, a może z religii? Psów i kotów nie trzyma się w domach, bo są "brudne", można się od nich zarazić, bo mają na pewno "choroby i robaki" zatem miejsce jest ich poza domem. Oczywiście w Polsce tez trzyma się zwierzęta poza domem, lecz w godnych warunkach tu nie ma czegoś takiego. Psy jeszcze maja lepiej, ponieważ używają ich głownie do polowań, dlatego większość psów to rasowe psy gończe, trzymane w ciasnych kojcach po kilka sztuk, karmione raz dziennie wieczorami. Samice tych ras wykorzystywane są prawie wyłącznie do rozrodu, mają po jednym miocie za drugim, często po kilkanaście szczeniąt, które potem sprzedaje się za wysokie sumy. W wyniku ciągłego rozrodu suki  po kilku latach zdychają, a ich widok z wyciągniętym brzuchem do ziemi jest tragiczny. 
Kotów się nie karmi, koty maja jeść to co zapolują czyli, myszy, szczury, karaluchy, małe węże i inne robactwo - po to się kota trzyma w obejściu. Kot taki nigdy nie jest szczepiony, ani odrobaczany. Zazwyczaj widok jest  podobny do wspomnianej wyżej krowy: skora obciągnięta na kościach, infekcje oczu i uszu. Kolejny cios dla mnie w serce jako właścicielki psa i 2 uroczych kotów, które musiałam zostawić w Polsce. Koty tez samoistnie później dziczeją nie dają się pogłaskać, uciekają na metr, ale mimo tego trzymają się domostw, bo wiedza, ze coś zawsze uda im się tam znaleźć do zjedzenia.
Zwierzęta dzikie w sumie chyba maja lepiej, tutejsze lisy są pod ochrona, osły z rezerwatu tez, jest wiele gatunków ptaków, płazów i gadów. 

 Lis rudy (Vulpes vulpes) wieczorem.

Na ptaki poluje się kilka razy w roku - głownie na jesieni i na wiosnę. Reszta roku to tzw okres ochronny. Najbliższy czas polowań rozpocznie się we wrześniu. Będę za blokiem znowu słyszała wystrzały z broni. Poluje się z psami od 2 - 6 zależy od właściciela, jest to polowanie dla sportu, dla rozrywki, bynajmniej dla celów konsumpcyjnych. Polowanie przebiega od świtu do zmierzchu. Strzelać można do wron (bo niszczą plony), przepiórek, góropatw, frankolinów (ich populacja jest  dramatycznie niska i grozi im całkowite wyginięcie) , zajęcy i dzikich królików. Upolowane wrony wyrzuca się, bo nie podlegają przecież konsumpcji, jeszcze kilka lat temu za każdą głowę wrony płacono w nabojach, ptaki te są pozbawiane głów, a następnie wyrzucane po upolowaniu. 

Góropatwa skalna ( Alectoris graeca cypriotes, Harert)
Jest ograniczenie w samym polowaniu można ustrzelić tylko wybraną liczbę danego gatunku zwierząt.  Moj mąż  na szczęście nie poluje, jest wielkim przeciwnikiem polowań, ze względu na używanie broni i na los zwierząt, których co roku jest coraz mniej, jako policjant ma też wtedy dużo pracy, bo niekiedy na polowaniu dochodzi do bojek miedzy polującymi, kradzieży zdobyczy lub do nieumyślnego postrzału człowieka. Były już takie przypadki, kiedy to np. postrzelono zbierających na polu zioła i dziką herbatę.

Grzechem było stwierdzenie, że wszyscy Turcy cypryjscy to wyrodni gospodarze, nie umiejący zająć się w sposób godny i właściwy zwierzęciem. Są tacy, którzy zajmują się inwentarzem wzorowo, tak jak powinno być. Prawdziwych gospodarzy jest jednak dużo mniej.

Ze słyszenia i obserwacji wiem, że w Turcji  do zwierząt podchodzi się w o wiele bardziej "europejski", mniej drastyczny sposób, chociaż na wsiach podobno jest różnie. Niemniej jednak wydaje mi się, że chociażby pod względem żywieniowym jest im tam dużo lepiej. "Zielonka" występuje tu przecież tylko i wyłącznie w zimie i jest ciągły problem w lato z bieżącą wodą.

Na koniec osobista historia z happy endem:
Chyba w tym roku, a może to było w zeszłym? jechaliśmy na wieś do kolegi z pracy męża. Po drodze zauważyłam idące coś zygzakiem po drodze. Kazałam mężowi zjechać na bok i zatrzymać się. Okazało się, że to szczeniak wyżła, biały w bezowe łatki. Widok drastyczny - skóra i kości, ślady po biciu czymś ostrym na psyku - długie czerwone pręgi, pchły pełzające po karku i plecach.  Infekcja oczu - mega zaropiałe, ciekło coś też z nosa. To był wtedy sezon polowań, widocznie psina uciekła komuś z samochodu. Wtedy moja rozpacz sięgnęła zenitu,  wsadziłam ją do samochodu i kazałam odjechać. Po drodze minęliśmy dwa jeepy, być może wyskoczyła z jednego, a może ktoś ja wyrzucił z samochodu,  nie wiem i wtedy mnie to najmniej obchodziło. Powiedziałam mężowi: trudno - nie mogę jej w takim stanie zostawić. Psina bała się podejść do mnie, co chwile siadała, ogon podkulony cały czas, kiedy podeszłam i wyciągnęłam rękę, zsiusiała się ze strachu. W samochodzie nie mogła ustać więc leżała. Była skrajnie wycieńczona. Zawieźliśmy ją do tego kolegi. Pamiętam pół wsi się zleciało, część machało ręką, że "nic z tego nie będzie, żeby ubić." albo "nie dotykajcie, bo się zarazicie". Kolega męża, sam polujący, miał już wtedy 2 dorosłe wyżły w dużym kojcu. Jest to typ człowieka, który jest chyba fenomenem, kocha zwierzęta i na prawdę jest prawdziwym gospodarzem, który dba o swój inwentarz. Zaopiekował się sunią. Dostała bułkę namoczoną w mleku, połknęła w kilka sekund wszystko. Ustać na nogach nie mogła, pokładała się, przewracała, bała się ludzi, łapy jej się trzęsły. przy dłuższym staniu. Zanieśliśmy ją do kojca, oba dorosłe psy zaopiekowały się nią. Zaczęły ją lizać i wąchać. Odjeżdżałam stamtąd z czystym sumieniem wtedy do domu. Sunia z tego co wiem, ma się dobrze, kolega męża odżywił ją i kilka miesięcy później dał ją swojemu przyjacielowi, podobno bardzo dobry z niej pies. i przyjaciel jest bardzo zadowolony. Nie dziwie się, pewnie w ten sposób się sunia odwdzięcza za uratowanie jej życia.