22 sierpnia 2011

Pobyt w Turcji i wnioski po powrocie.



Oto  powróciłam niestety, z tygodniowych wczasów w Turcji. W końcu odpoczęliśmy, ale podroż była dosyć mecząca, spędziliśmy tydzień w  Ölüdeniz (znanym także jako Blue Lagoon) koło Fethiye (starożytne Telmessos), nad wybrzeżem Likijskim. Na początku wykupiliśmy transport z lotniska do hotelu, ale w ostatniej chwili okazało się, że nie o to lotnisko chodzi, nie mieliśmy już neta w domu wtedy, bo się skończył, wiec na gwałt było dzwonienie i szukanie, zastanawianie się co tu zrobić. Biuro podroży miało tylko transfery na lotnisko Dalaman, a stad nie było jak tam dolecieć, samoloty bowiem lądują tylko w Antalyi. Jak zwykle na ostatnią chwilę, jak zawsze mąż nie pomyślał kupując transfer z lotniska tydzień wcześniej, żeby dopytać się czy chodzi o lotnisko w Antalyi czy w Dalamanie. Wykonał nawet za moja uporczywa namową, szybki telefon do męża kuzynki ze Stambułu, który ma siec wypożyczalni samochodów w Turcji, okazało się, że wypożyczenie auta nawet ze zniżką "dla rodziny" jest mega drogie i kosztuje tyle samo co nasze bilety na samolot. W końcu po serii telefonów do biura podroży, anulowali Nam ten transfer - było sporo stresu, ale polecieliśmy na "dziko" i sami sobie poradziliśmy pytając miejscowych o możliwość dojechania z Antalyi do Fethiye. Modliłam się, żeby podroż autobusem była możliwie najkrótsza, ze względu na moja chorobę lokomocyjną - niestety podróż mimo skrótu miała trwać około 4 godzin, więc musiałam zaaplikować odpowiednie środki medyczne, które spowodowały u mnie gigantyczne otumanienie i senność.
Lot samolotem cudowny, widoki świetne, wysokie góry pofałdowane, i wszędzie zielono!!! Antalya przywitała Nas widokiem wodospadu nad brzegiem morza i wysokimi blokami - prawdziwa metropolia, a wszystko to otoczone  ostrymi szczytami wysokich na ponad 1000 m n.p.m gór.
 Antalya z samolotu

Podroż z lotniska w Antalyi do naszego hotelu w Ölüdeniz trwała prawie 6 h...masakra! Okazuje się, żeby dojechać na  centralny dworzec autobusowy w Antalyi trzeba wziąć autobus miejski - dzięki bogu klima działała, ale podróż w południe w godzinach szczytu zajęła...uwaga - 2 godziny!!! Po dotarciu na dworzec autobusowy zostaliśmy źle skierowani i przez 20 min plątaliśmy się nie po tym terminalu co potrzeba. Jeszcze Nas tam oszukali i wcisnęli leciwy, śmierdzący autobusik z marnie działającą klimą, zamiast dużego i luksusowego (o którym się dowiedzieliśmy w drodze powrotnej)...ehh mój mąż nic załatwić nie potrafi, no a ja języka tureckiego nie znam, uznałam, ze skoro on Turek to w jego kraju sam sobie poradzi i nie da się  "wpuścić w maliny," a tu zonk...Podroż była bardzo meczącą, klimatyzacja w autobusie nie działała prawidłowo, czuć było spaliny, twarde jak drewno siedzenia i oparcia, zero serwisu, ale za to takie piękne widoki przez szybę, które podziwiałam, rekompensowały te niedogodności. Droga z Antalyi do Fethiye jest piękna, skrócona między górami, ale to są piękne góry, zielone, porośnięte drzewami iglastymi, nie to co na Cyprze Północnym. 
W końcu dotarliśmy szczęśliwie około 20 do Fethiye i stamtąd musieliśmy się dolmuszem (mini bus) dostać jakoś do  Ölüdeniz . Na cale szczęście busiki zatrzymują się blisko dworca autobusowego i kursują co 3-5 min. W  Ölüdeniz byliśmy około 20:30, trzeba było znaleźć hotel i znowu problem, nikt nie słyszał o tym hotelu, ja ledwo przytomna z torebką i mniejsza torbą podróżną w ręku,  ledwo stojąca na nogach, głodna i wciąż senna po medykamentach, miałam już serdecznie dosyć tego wyjazdu. W końcu ktoś z miejscowych powiedział, ze ten hotel to się tak kiedyś nazywał i teraz nazywa się inaczej i jest "o tam daleko na końcu plaży". Doczłapaliśmy się w końcu, zameldowaliśmy się w hotelu, rzuciliśmy bagaże do pokoju i pędem pobiegliśmy na prawie sam koniec kolacji, zjedliśmy jakieś nędzne resztki i szybko pod prysznic i spać. Spaliśmy chyba do 10 rano? Znowu pędem na śniadanie, bo było wydawane tylko do 10:30.  Hotel ok, ale  nie tak to sobie wyobrażaliśmy, mało atrakcji więcej europejskiej kuchni niż tureckiej, ale w sumie nie ma co się dziwić, większość turystów to Anglicy, Rosjanie i Polacy. Mięliśmy niby ultra all inclusive, a za niektóre rzeczy kazali sobie płacić. Hotel położony w malowniczym ogrodzie, super zadbanym, bardzo cicho mimo wielu rodzin z dziećmi. 
Wycieczki organizowaliśmy sobie sami we własnym zakresie, gdyż hotel nic takiego nie organizował. Wybraliśmy się w rejs statkiem po zatoce Ölüdeniz - piękna podroż! Zatrzymywaliśmy się w kluczowych punktach m.in w dolinie motyli (Valley of Butterflies) których było jak na lekarstwo, następnie w miejscu o nazwie zimna woda (Cold water), faktycznie była mega zimna mrożąca krew w żyłach, dosłownie, dało się wytrzymać 5 -10 min, a wszystko to dlatego, że do morza spływał lodowaty strumień górski, byliśmy tez na wysepce Gemiler, która wg legendy była miejscem zamieszkania św. Mikołaja zanim stal się świętym od prezentów (i przeniósł się do zimnej Laponii :P), ruiny miasta z VII wieku zrobiły na mnie archeologu, ogromne wrażenie.  
Valley of Butterflies

 Valley of Butterflies 

 Wysepka Gemiler z ruinami miasta z VII w. n.e

 Wysepka Gemiler z ruinami miasta z VII w. n.e
 
Na drugi dzień do zmusiłam męża do wycieczki konno w górach - poradził sobie chociaż w siodle siedział 1 raz w życiu :P . Byliśmy tez w prawdziwej tureckiej łaźni i spa gdzie przez 30 min zostałam dokładnie wymasowana przez masażystkę - bosko prawie tam usnęłam tak dobrze masowała, pozbyłam się bólu pleców i kolan!! poczułam się po tym jak nowo narodzona. Polecam prawdziwy turecki hammam - łaźnia turecka - każdemu kto odwiedza Turcję. Można poczuć się przez te parę chwil bosko i skóra po tym zabiegu jest gładka, jędrna i wypoczęta! 

 Wnętrze tureckiego hammamu z umywalkami i tzw. stołem - brzuchem (tr. göbek taşı)

Głownie siedzieliśmy z mężem poza hotelem, na plaży, nurkowaliśmy w lagunie, która okazała się bardzo głęboka, ale przez to mogłam obejrzeć co nieco pięknych ryb i jeżowców. Plaza tylko kamienista, a nie jak na Cyprze czysty biały piasek. Do tego wszystko było otoczone górami i powietrze było bardzo rześkie nie było czuć opalu jak u mnie, do tego chyba temperatura  była niższa, albo tak mi się zdawało. Oczywiście temperatura wody zdecydowanie dużo niższa niż na Cyprze, miejscami wręcz lodowata!! 


Pojechaliśmy także do Fethiye, gdzie przeszliśmy się po porcie, w którym pływał ogromny żółw morski, cudowne zwierze przez moment poczułam się jak w National Geographic! Odwiedziliśmy także ruiny rzymskiego teatru. 

 
Teatr rzymski w Fethiye (staroż. Telmessos) 
Doczłapaliśmy się na dworzec gdzie dowiedzieliśmy się, o której mamy powrotny autobus do Antalyi i wykupiliśmy za te same cena luksusowy autobus, z full serwisem (kawa/herbata i inne napoje + własnym mini telewizorkiem-komputerem, gdzie można było skorzystać z radia, tv, internetu lub obejrzeć film na DVD) i pomyśleć, że mogliśmy tym samym autobusem dojechać do Fethiye...ehhh. Dodatkowo w Fethiye rzuciliśmy się do sklepów z ciuchami, tzn. ja się rzuciłam, maż wyjścia nie miał, bo akurat były wyprzedaże. Obkupiliśmy się w ubrania z przeceny. Zakupiliśmy ich pełno i dzięki temu za dobra cenę mamy kilkanaście nowych rzeczy w szafie, a nie tylko 2 sztuki, które za te sama cenę kupilibyśmy w tym samym sklepie tu na Cyprze Północnym. Niestety ceny w Turcji powalały Nas na każdym kroku. Było mega wszystko tanio, o połowę lub nawet 3/4 ceny!!! 
W drodze powrotnej wyruszyliśmy prawie dzień wcześniej, bo nie mieliśmy jak zsynchronizować autobusu z samolotem, który mieliśmy o 11 rano z Antalyi, wiec o 3 w nocy siedzieliśmy w tym luks autobusie - wyspałam się w nim i o 6 rano byliśmy już w Antalyi, wzięliśmy autobus miejski z dworca, który zwiózł Nas pod samo lotnisko, tam poczekaliśmy od 8 rano do 11 na samolot i o 12 już byłam u siebie na wyspie, przelatywaliśmy nad Alanyą i bardzo mi się spodobała, mała miejscowość, ale widać, że plaża piękna no i zamek zrobił wrażenie - typowe usytuowanie obronne na półwyspie wcinającym się ostro w morze. 

 Alanya z samolotu - widok na zamek i całe miasto.
Żal Nam się zrobiło, a widziałam, że mąż najbardziej żałuje, chyba  zrozumiał, że tu na Cyprze Północnym przyszłości jako takiej dla Nas nie ma, bo ceny są koszmarne, bo w porównaniu z Turcją nasz  Cypr to pustynia dosłownie społeczna, geograficzna, kulturowa, finansowa, studnia bez tzw. dna, a tym bardziej dla Naszych przyszłych dzieci,  jeśli zostaniemy kiedyś nimi obdarzeni. Mój mąż ma tu stałą dobrze płatną pracę, w Turcji nigdy tyle nie zarobi co tutaj, dlatego mieszkamy tutaj. Dla Nas Turcja jest bardzo tania, bo mąż ma dobrą pensję ale myślę, iż byłaby w pewnym sensie też droga, gdyby tam pracował za turecką pensję, która jest podobno dużo niższa niż na Cyprze Północnym. Dlatego musimy się pomęczyć oboje do czasu jego emerytury te kilkanaście lat, ale wiem, iż nie spędzimy naszych sędziwych lat na wyspie. Chyba, że stanie się jakiś cud np. Cypr Północny zostanie uznany, oderwie się od południowej greckiej części i stanie na nogi sam, że będziemy mieć tu wszystko jak w Turcji, ceny, sklepy, produkty ogólnie tam dostępne, więcej linii lotniczych do wyboru, w końcu jakąś stałą rozrywkę, a nie stagnacje i wszechobecną nudę.
Ten wyjazd  trwał tydzień, ale oboje mamy wrażenie, jakbyśmy spędziliśmy tam dobry miesiąc. Wypoczęliśmy w ciszy i spokoju, wieczorami mogliśmy pochodzić po rozrywkowej części miasteczka do późnych godzin nocnych, mieliśmy aktywny wypoczynek, sklepy na wyciągniecie reki, restauracje, super atmosferę. Jestem bardzo zadowolona z tego wyjazdu i żal było wracać na Cypr. Przez okna samolotu lądującego na Ercan nie widzieliśmy nic tylko puste, spalone słońcem pola, masyw górski, który wydal się w porównaniu z górami otaczającymi Antalyę i  Ölüdeniz, nędzna namiastka pagórka...pusto, żółto, zero miast, małe wioski rozstrzelone w promieniu 20 - 30 km od siebie...Nic się nie odzywałam, maż przeżywał chyba bardziej ode mnie, na koniec stwierdził "o rany gdzieśmy wrócili?!", a ja wtedy odpowiedziałam "na pustynię kochanie, na pustynię".

Widok na prawie całe Ölüdeniz

9 sierpnia 2011

Informacja :)

Uwaga drodzy czytelnicy, na około półtora tygodnia zniknę z bloga. Ma to swój powód - wyjazd z mężem na wczasy do Turcji. Wracamy niebawem, także blog powróci razem z Nami. Mam nadzieję, że chwilowa dosłownie nieobecność nie zniechęci Was do odwiedzania tego bloga. Po powrocie nowe posty i relacje :)
Do zobaczenia wkrótce! Pozdrawiam ciepło!

6 sierpnia 2011

Port w Boğaz i restauracje

Port w Boğaz (gr. Μπογαζι) leży nad długą zaokrągloną zatoką Famagusta Bay (gr. Κολπος Αμμοχωστου). Jest to mały port, na wschód od Famagusty, tylko dla yachtów i łodzi rybackich. Jest też mała piaszczysta plaża, która należy do pobliskiego hotelu Boğaz.

  
 
Wzdłuż nadbrzeża portu ulokowane są bary, tawerny i restauracje. Od razu muszę powiedzieć, że nie polecam zachwalanej przez miejscowych i turystów restauracji "Kemal' In Yeri" - okropne jedzenie, bardzo tłuste, małe meze, ceny z sufitu, mało smaczne - strata pieniędzy! Zjedliśmy z mężem raz, pochorowaliśmy się i więcej nie poszliśmy. Inne restauracje, które tam się znajdują oraz tawerny są w porządku. Można sobie posiedzieć przy stoliku tuż nad brzegiem morza i portu, posączyć herbatkę lub wino z lokalnych winnic. Wieczorami jest grana muzyka na żywo. Oblegane jest to miejsce zawsze w weekendy, czasem trzeba zarezerwować stolik wcześniej. 


Po drugiej stronie szosy, która oddziela port od reszty miasteczka, również znajdują się bary. Niedaleko portu, w kierunku Famagusty znajduje się inny hotel "Exotic" do którego należy restauracja "Kiyi" specjalizująca się w daniach z miejscowych morskich ryb. Ceny nie wygórowane, przepiękna dekoracja talerzy, miła atmosfera - restauracja oblegana w weekendy, ale także wieczorami każdego dnia. Przepyszne bogate menu, nie tylko dania rybne, chociaż tych jest większość, ale również dania mięsne i małe przekąski. Bardzo miła obsługa. Poszliśmy tam z mężem w zeszłym roku świętować moje urodziny. Polecam tę restaurację!!! Byłam zachwycona daniami - zamówiliśmy meze czyli tradycyjne przystawki - dostaliśmy tak dużo, że nie daliśmy rady zjeść wszystkiego, a jeszcze przecież czekało na Nas danie główne. Musieliśmy z niego zrezygnować. Samo meze było przepyszne: wędzone rybki, pasta czosnkowa, krewetki w oliwie z oliwek, oliwki, humus, paluszki krabowe, małże, krążki z kalmara, kawałki gotowanej ośmiorniczki w zalewie, do tego 3 rodzaje sałatek, jogurt, chlebek z grilla, grillowany ser owczy Hellim, ciepłe smażone rybki Hamsi, smażone w panierce szczypce kraba, do tego na koniec migdały do pochrupania, oczywiście herbata turecka w tulipanowej szklaneczce. Zresztą sami zobaczcie:




Ogólnie REWELACJA!!! Jest to moja ulubiona restauracja. Można zjeść wewnątrz lokalu, ale można też na zewnątrz. Restauracja ma bowiem długie betonowe molo, zakończone w formie kwadratu, na którego środku postawiona jest wielka zielona neonowa palma - znak rozpoznawczy restauracji. Na owym molo są postawione stoliki. Nieopodal są cztery huśtawki, na których można w 2-3 osoby posiedzieć tuż nad brzegiem morza.

4 sierpnia 2011

Urząd imigracyjny i...strajk.

Przedwczoraj pojechałam do Lefkosi (Nikozji) załatwiać sobie obywatelstwo KKTC. Po zebraniu wymaganych papierów, a jest tego troszkę, zawitałam do bramy urzędu imigracyjnego. Tutaj też załatwia się wizę rezydenta, która wydawana jest na okrągły rok. Taka wizę już mam, więc teraz przyszedł czas na aplikacje o obywatelstwo. I znowu słynne tureckie kontakty, jeśli zna się kogoś procedura trwa krótko, jeśli ktoś nie ma kontaktów to można sobie czekać nawet rok, ale zazwyczaj wystarcza pół roku i dostaje się obywatelstwo. Można je nabyć albo przez rodziców, albo przez dziadków, lub przez małżeństwo. Ja aplikuję na ten ostatni typ. Dopiero po roku od zawarcia małżeństwa można składać podanie, które jest dwu stronicowym formularzem do wypełnienia. Potrzebne są dane osobowe aplikanta, jego małżonka, informacje o zawarciu związku małżeńskiego i odnośnie rodziców. Trzeba się podpisać, dołączyć wymagane dokumenty, kupić znaczek za 7,50 TL i opłacić opłatę w wysokości 50 TL za samo złożenie wniosku. Tak też zrobiłam, miła Pani w okienku poinformowała mnie, żebym przyszła za kilka miesięcy, lub kiedy do mnie zadzwonią. Oczywiście będą mnie przez ten czas sprawdzać: czy byłam kiedykolwiek karana, czy mieszkam pod wskazanym adresem, czy mieszkam razem ze swoim mężem czy osobno. Pozostaje mi zatem czekanie na rozwój sytuacji, o której nie omieszkam poinformować Was na blogu.
Cały ten urząd imigracyjny mieści się w centrum miasta. Najlepiej wcześnie rano wstać i przyjechać - kto pierwszy ten lepszy i dostanie wcześniejszy numerek, a liczba oczekujących na wizę rezydenta jest bardzo duża. Zawsze jak przyjeżdżałam przedłużać swoją to było w poczekalni około 20 osób. W większości są to kobiety z dziećmi - zony pracujących tu na wyspie turków z Turcji. Pojawienie się  "obcego" zawsze sprawia sensacje, rozmowy są przerywane i każdy wlepia oczy, wytęża słuch, żeby na podstawie słuchu zlokalizować, z jakiego kraju kto pochodzi. Ciekawość jest ogromna. Pomieszczenie dla oczekujących nie jest klimatyzowane, okna są pootwierane , panuje zaduch i gorąco ogromne, dlatego ja zawsze stoję w korytarzu przy wyjściu. Toalety dla wnioskodawców są ulokowane w piwnicy, są w tak strasznym stanie, że oszczędzę Wam opisu wnętrza, zamiast wyjść z założenia, że to jednak obcokrajowcy aplikują najczęściej , więc byłoby przyjemnie umyć ręce pod bieżącą wodą, lub posiedzieć w pomieszczeniu z klimatyzacją, to wszystko jest na odwrót - tak jakby zniechęcić ludzi, do tego kolejki, krótki czas na składanie wniosków... Co ciekawe numerki do okienek rozdaje pewien Pan zamiast automatu, jeśli znasz owego "numerkowego" dostaniesz wcześniejszy numerek, mimo, że przyjechałeś o 11, zamiast o 7 rano, dlatego czasem z tej przyczyny dochodzi do śmiesznych incydentów, zakończonych kłótnią pod okienkiem, bo okazuje się, że są 2 osoby z takimi samymi numerkami. Najgorzej wnioskować o wizę rezydenta za pierwszym razem, na prawdę jest ciężko, ciężej chyba niż w przypadku obywatelstwa, bo trzeba zebrać kilkanaście papierów,odwiedzić parę razy swój lokalny posterunek policji, wypełnić tam papiery, które potem jak dobrze pójdzie za miesiąc  lądują  w biurze imigracyjnym, Następnie trzeba przebadać się na wszelkie możliwe choroby cywilizacyjne jak HIV, WZW, Syfilis, Gruźlica etc. (wyniki są zamykane i stemplowane i wnioskujący nie może otworzyć koperty z wynikami),  udokumentować, że się ma podstawy do pozostania na wyspie (np nieruchomość, studia, kilka tysięcy lir na koncie, lub małżeństwo)+opłaty. Za drugim razem jest już lepiej, oprócz wyników badań i kilku papierków, trzeba uiścić opłatę w wysokości ok 200 TL + znaczki za 7,50 TL - wiza jest wbijana  wraz ze znaczkami w paszport i ręcznie wpisana jest data od kiedy do kiedy jest ważna + podpis wydającego. Przy przekraczaniu granicy wystarczy pokazać wizę i już nie trzeba wypełniać karteczek.
Na szczęście o obywatelstwo stara się mało osób, kolejka jest mniejsza, jest automat wydający numerki, panuje kultura, czeka się na korytarzu i dłużej pokój jest otwarty niż ten do wiz. Nie ma też przepychanek, ani dziwnych spojrzeń - pełna kultura można by rzec. Spędziliśmy tam może około 15 min. Po złożeniu papierów i wypełnieniu wniosku opuściłam z mężem budynek i pojechaliśmy na zakupy przez centrum Lefkosi. Tym razem mięliśmy "szczęście" i trafiliśmy na strajk rolników, którzy wyjechali swoimi traktorami i kombajnami na ulice, blokując je, staliśmy więc w gigantycznym korku przez 15 min w mega wielkim upale i zapachu spalin z innych aut. Po tym czasie policja utorowała drogę i kondukt sprzętu rolniczego opasanego flagami Turcji i KKTC, oraz transparentami przejechał dalej, a my mogliśmy kontynuować naszą podróż.
  

 Pojechaliśmy z Lefkosi do Kyrenii i stamtąd wzdłuż morza, nową drogą do Karpaz. Została ona niedawno ukończona i otwarta przez premiera Turcji podczas jego wizyty. Droga z Lefkosi do Kyrenii wg mnie jest jedną z najbardziej malowniczych dróg na wyspie. Podwójna szosa prowadzi między górami i na koniec kończy się spadem w dół, przez co możemy przez parę chwil obserwować piękną panoramę Kyrenii.