26 sierpnia 2011

O zwierzętach i stosunku do nich

Dzisiaj temat dla obrońców wszystkich zwierząt. Stosunek turków cypryjskich do zwierząt domowych i dzikich. Generalnie ja miłośniczka zwierząt, wychowująca się z różnej maści zwierzętami od kołyski, cierpię wielokrotnie widząc (na szczęście nie zawsze,) smutną rzeczywistość z jaką przyszło żyć tu zwierzętom. Nie dość, że upały, problemy z wodą do picia i cieniem - mało drzew ogólnie na wyspie - to niezbyt opiekuńczy właściciele. Na szczęście nie wszyscy są tacy. Jednak podejście do zwierząt w ogóle jest tu zupełnie inne niż w Polsce czy innych krajach Europy. Najgorzej jest na wsiach, w miastach lepiej, aczkolwiek wszędzie spotkamy hordy dzikich kotów, brudnych, pokaleczonych, głodnych, które nie dadzą Nam żyć podczas jedzenia na zewnątrz restauracji czy barów.Jest to typowy obrazek z jakim styka się turysta np. zwiedzając starą część Nikozji czy rynek w Famaguście. Podobnie jest w porcie w Kyrenii, jednak tam zaobserwowałam znacznie mniej dzikich kotów. 

 Dzikie koty z Nikozji
Ogólnie populacje dzikich zwierząt w miastach (koty, psy, myszy, szczury) likwiduje się przez podkładanie trutek w pokarmie. Trucizna jest jak najbardziej legalna, można ja tu kopic w sklepie wraz z rożną ilości ą i wielkością pułapek, łapek, lepów itp. To, że potem takie zwierze umiera w męczarniach i wykrwawia się na śmierć nikogo nie obchodzi, ważne, ze się kłopotu pozbyło. Bardzo często trutki rozkładane są po wsiach, dlatego psy na noc zamyka się w kojcach. Niestety najczęstszą ofiarą trutki na gryzonie, padają wygłodniałe koty lub psy brane przez obcokrajowców na spacer na smyczy czy luzem. Było wiele takich przypadków, opisanych przez gazety.
Na wsiach zwierzęta często są pozostawione same sobie, szczególnie te, z których nie ma jako takiego pożytku dla człowieka, na których nie da się zarobić, mowa o psach i kotach. Inny inwentarz gospodarski jest traktowany w miarę dobrze, jednak daleko od dobrych warunków, w których żyją np. u nas w Polsce. Nieliczne krowy trzymane są przez większość część roku w prowizorycznych oborach, które zazwyczaj składają się z 3 ścian i pseudo dachu, czasami jest tylko sam dach wsparty na słupach. Zwierzęta są brudne, nie wiem czy w ogóle myte w całości, nie ma automatycznych poideł, ani karmników. Wygląd takiej krowy w lecie jest różny: od ładnej zadbanej, aż po skrajnie wychudzoną, na której można z powodzeniem policzyć jej wszystkie kości. Zależy od dobrej woli właściciela i jego podejścia. Krowy trzymane są tu głównie na mleko i na mięso. Chyba tylko raz czy dwa widziałam wielką farmę krów, które trzymane są tam z przeznaczeniem wyłącznie na mięso. 
Najlepiej chyba mają się owce i kozy, które są wypasane cało rocznie, niektóre nawet samopas na tzw. półdziko, które trzeba zaganiać niczym jak w amerykańskim westernie z użyciem lin, psów, naganiaczy - chciałabym to kiedyś zobaczyć na żywo. Koza i owca to taki typ przeżuwacza, że zje wszystko, dlatego zawsze są najedzone, zadbane, w miarę czyste, chociaż nie strzyże się ich, nawet w upał owce chodzą obwieszone kilogramami wełny. Niejednokrotnie stada takie liczą od kilkunastu do kilkudziesięciu sztuk. Nie srogi im upał, brak wody i cienia, radzą sobie świetnie. Podobnie z drobiem, który drepcze sobie wokół domów lub w zagrodach, mają się dobrze, bo jedzą resztki zielone ze stołów i posiadają zadaszone kurniki czy woliery.

Kozy i owce w Karpaz

Najgorzej mają tu konie i osły, zarówno te gospodarskie, jak i dzikie. Jest tutaj bowiem, rezerwat dzikich osłów w Karpaz. Brak dostępu do świeżej wody często kończy się dla nich tragicznie. Niby są w rezerwacie rządowym, niby jest jakaś organizacja, która jest wspiera,  ale tylko dzięki wsparciu miejscowych z okolicznych wsi ,   którzy przywiozą im wodę i suchy chleb dają rade przetrwać najgorętszy okres roku. Rząd niestety nie robi nic, żeby polepszyć ich byt. 
 Dzikie osły w rezerwacie w Karpaz
Osły z gospodarstw i konie są trzymane głównie do jazdy wierzchem, rzadziej do prac polowych. Ewentualnie w przypadku koni trzymane są tez dla, w pewnym sensie prestiżu właściciela, chęci pokazania sąsiadom, że o "mam konia, jestem bogaty", lub dlatego, że lubią na konie sobie popatrzeć. Zwierzęta te bardzo potrzebują świeżej zieleniny, dostępu do wody pitnej, która pomaga im trawić, dużego, ogrodzonego wybiegu z cieniem. Obrazek konia i osła na typowej wsi cypryjskiej jest taki: zwierzę stoi w szczerym nie ogrodzonym polu, na łańcuchu przymocowanym do czegoś co ma przypominać kantar (ogłowie) lub do obroży założonej na szyję. Ów łańcuch, ewentualnie zastąpiony mocna taśmą z płótna tkanego grubo lub grubej liny jest przymocowany do kołka wbitego w ziemie i tak koń czy osioł chodzą w kółeczko na postronku bez możliwości jedzenia czego chcą i jak chcą. Straszny to widok, kiedy ów pseudo kantar jest opleciony dodatkowo łańcuchem, który wrzyna się w górna nasadę nosa. Kocham konie, jeżdżę na nich od kilku lat, dlatego  wszelkie kopytne są mi bardzo bliskie często taki widok jest dla mnie nie do zniesienia, kończy się moim płaczem i w głębi duszy chęcią zabicia takiego właściciela wałkiem od ciasta. Można mówić i tłumaczyć, ale chłop ze wsi, wlasciciel nie posłucha jakieś tam baby, ba  baby w ogóle nie posłucha, a już do tego obcej, która przyszła się wymądrzać na jego polu, on wie lepiej i koniec. 

 Osiołek na wsi
Mąż mówi, że gdybym mogla chyba wykupilabym wszystkie biedne zwierzęta od ludzi i trzymała je w domu - myślę, że gdybym była milionerką dawno by do tego doszło. Mentalność ludzi odnośnie zwierząt tu jest bardzo dziwna, nie wiem skąd się bierze, z ich nie wiedzy czy z lenistwa, a może z religii? Psów i kotów nie trzyma się w domach, bo są "brudne", można się od nich zarazić, bo mają na pewno "choroby i robaki" zatem miejsce jest ich poza domem. Oczywiście w Polsce tez trzyma się zwierzęta poza domem, lecz w godnych warunkach tu nie ma czegoś takiego. Psy jeszcze maja lepiej, ponieważ używają ich głownie do polowań, dlatego większość psów to rasowe psy gończe, trzymane w ciasnych kojcach po kilka sztuk, karmione raz dziennie wieczorami. Samice tych ras wykorzystywane są prawie wyłącznie do rozrodu, mają po jednym miocie za drugim, często po kilkanaście szczeniąt, które potem sprzedaje się za wysokie sumy. W wyniku ciągłego rozrodu suki  po kilku latach zdychają, a ich widok z wyciągniętym brzuchem do ziemi jest tragiczny. 
Kotów się nie karmi, koty maja jeść to co zapolują czyli, myszy, szczury, karaluchy, małe węże i inne robactwo - po to się kota trzyma w obejściu. Kot taki nigdy nie jest szczepiony, ani odrobaczany. Zazwyczaj widok jest  podobny do wspomnianej wyżej krowy: skora obciągnięta na kościach, infekcje oczu i uszu. Kolejny cios dla mnie w serce jako właścicielki psa i 2 uroczych kotów, które musiałam zostawić w Polsce. Koty tez samoistnie później dziczeją nie dają się pogłaskać, uciekają na metr, ale mimo tego trzymają się domostw, bo wiedza, ze coś zawsze uda im się tam znaleźć do zjedzenia.
Zwierzęta dzikie w sumie chyba maja lepiej, tutejsze lisy są pod ochrona, osły z rezerwatu tez, jest wiele gatunków ptaków, płazów i gadów. 

 Lis rudy (Vulpes vulpes) wieczorem.

Na ptaki poluje się kilka razy w roku - głownie na jesieni i na wiosnę. Reszta roku to tzw okres ochronny. Najbliższy czas polowań rozpocznie się we wrześniu. Będę za blokiem znowu słyszała wystrzały z broni. Poluje się z psami od 2 - 6 zależy od właściciela, jest to polowanie dla sportu, dla rozrywki, bynajmniej dla celów konsumpcyjnych. Polowanie przebiega od świtu do zmierzchu. Strzelać można do wron (bo niszczą plony), przepiórek, góropatw, frankolinów (ich populacja jest  dramatycznie niska i grozi im całkowite wyginięcie) , zajęcy i dzikich królików. Upolowane wrony wyrzuca się, bo nie podlegają przecież konsumpcji, jeszcze kilka lat temu za każdą głowę wrony płacono w nabojach, ptaki te są pozbawiane głów, a następnie wyrzucane po upolowaniu. 

Góropatwa skalna ( Alectoris graeca cypriotes, Harert)
Jest ograniczenie w samym polowaniu można ustrzelić tylko wybraną liczbę danego gatunku zwierząt.  Moj mąż  na szczęście nie poluje, jest wielkim przeciwnikiem polowań, ze względu na używanie broni i na los zwierząt, których co roku jest coraz mniej, jako policjant ma też wtedy dużo pracy, bo niekiedy na polowaniu dochodzi do bojek miedzy polującymi, kradzieży zdobyczy lub do nieumyślnego postrzału człowieka. Były już takie przypadki, kiedy to np. postrzelono zbierających na polu zioła i dziką herbatę.

Grzechem było stwierdzenie, że wszyscy Turcy cypryjscy to wyrodni gospodarze, nie umiejący zająć się w sposób godny i właściwy zwierzęciem. Są tacy, którzy zajmują się inwentarzem wzorowo, tak jak powinno być. Prawdziwych gospodarzy jest jednak dużo mniej.

Ze słyszenia i obserwacji wiem, że w Turcji  do zwierząt podchodzi się w o wiele bardziej "europejski", mniej drastyczny sposób, chociaż na wsiach podobno jest różnie. Niemniej jednak wydaje mi się, że chociażby pod względem żywieniowym jest im tam dużo lepiej. "Zielonka" występuje tu przecież tylko i wyłącznie w zimie i jest ciągły problem w lato z bieżącą wodą.

Na koniec osobista historia z happy endem:
Chyba w tym roku, a może to było w zeszłym? jechaliśmy na wieś do kolegi z pracy męża. Po drodze zauważyłam idące coś zygzakiem po drodze. Kazałam mężowi zjechać na bok i zatrzymać się. Okazało się, że to szczeniak wyżła, biały w bezowe łatki. Widok drastyczny - skóra i kości, ślady po biciu czymś ostrym na psyku - długie czerwone pręgi, pchły pełzające po karku i plecach.  Infekcja oczu - mega zaropiałe, ciekło coś też z nosa. To był wtedy sezon polowań, widocznie psina uciekła komuś z samochodu. Wtedy moja rozpacz sięgnęła zenitu,  wsadziłam ją do samochodu i kazałam odjechać. Po drodze minęliśmy dwa jeepy, być może wyskoczyła z jednego, a może ktoś ja wyrzucił z samochodu,  nie wiem i wtedy mnie to najmniej obchodziło. Powiedziałam mężowi: trudno - nie mogę jej w takim stanie zostawić. Psina bała się podejść do mnie, co chwile siadała, ogon podkulony cały czas, kiedy podeszłam i wyciągnęłam rękę, zsiusiała się ze strachu. W samochodzie nie mogła ustać więc leżała. Była skrajnie wycieńczona. Zawieźliśmy ją do tego kolegi. Pamiętam pół wsi się zleciało, część machało ręką, że "nic z tego nie będzie, żeby ubić." albo "nie dotykajcie, bo się zarazicie". Kolega męża, sam polujący, miał już wtedy 2 dorosłe wyżły w dużym kojcu. Jest to typ człowieka, który jest chyba fenomenem, kocha zwierzęta i na prawdę jest prawdziwym gospodarzem, który dba o swój inwentarz. Zaopiekował się sunią. Dostała bułkę namoczoną w mleku, połknęła w kilka sekund wszystko. Ustać na nogach nie mogła, pokładała się, przewracała, bała się ludzi, łapy jej się trzęsły. przy dłuższym staniu. Zanieśliśmy ją do kojca, oba dorosłe psy zaopiekowały się nią. Zaczęły ją lizać i wąchać. Odjeżdżałam stamtąd z czystym sumieniem wtedy do domu. Sunia z tego co wiem, ma się dobrze, kolega męża odżywił ją i kilka miesięcy później dał ją swojemu przyjacielowi, podobno bardzo dobry z niej pies. i przyjaciel jest bardzo zadowolony. Nie dziwie się, pewnie w ten sposób się sunia odwdzięcza za uratowanie jej życia.

22 sierpnia 2011

Pobyt w Turcji i wnioski po powrocie.



Oto  powróciłam niestety, z tygodniowych wczasów w Turcji. W końcu odpoczęliśmy, ale podroż była dosyć mecząca, spędziliśmy tydzień w  Ölüdeniz (znanym także jako Blue Lagoon) koło Fethiye (starożytne Telmessos), nad wybrzeżem Likijskim. Na początku wykupiliśmy transport z lotniska do hotelu, ale w ostatniej chwili okazało się, że nie o to lotnisko chodzi, nie mieliśmy już neta w domu wtedy, bo się skończył, wiec na gwałt było dzwonienie i szukanie, zastanawianie się co tu zrobić. Biuro podroży miało tylko transfery na lotnisko Dalaman, a stad nie było jak tam dolecieć, samoloty bowiem lądują tylko w Antalyi. Jak zwykle na ostatnią chwilę, jak zawsze mąż nie pomyślał kupując transfer z lotniska tydzień wcześniej, żeby dopytać się czy chodzi o lotnisko w Antalyi czy w Dalamanie. Wykonał nawet za moja uporczywa namową, szybki telefon do męża kuzynki ze Stambułu, który ma siec wypożyczalni samochodów w Turcji, okazało się, że wypożyczenie auta nawet ze zniżką "dla rodziny" jest mega drogie i kosztuje tyle samo co nasze bilety na samolot. W końcu po serii telefonów do biura podroży, anulowali Nam ten transfer - było sporo stresu, ale polecieliśmy na "dziko" i sami sobie poradziliśmy pytając miejscowych o możliwość dojechania z Antalyi do Fethiye. Modliłam się, żeby podroż autobusem była możliwie najkrótsza, ze względu na moja chorobę lokomocyjną - niestety podróż mimo skrótu miała trwać około 4 godzin, więc musiałam zaaplikować odpowiednie środki medyczne, które spowodowały u mnie gigantyczne otumanienie i senność.
Lot samolotem cudowny, widoki świetne, wysokie góry pofałdowane, i wszędzie zielono!!! Antalya przywitała Nas widokiem wodospadu nad brzegiem morza i wysokimi blokami - prawdziwa metropolia, a wszystko to otoczone  ostrymi szczytami wysokich na ponad 1000 m n.p.m gór.
 Antalya z samolotu

Podroż z lotniska w Antalyi do naszego hotelu w Ölüdeniz trwała prawie 6 h...masakra! Okazuje się, żeby dojechać na  centralny dworzec autobusowy w Antalyi trzeba wziąć autobus miejski - dzięki bogu klima działała, ale podróż w południe w godzinach szczytu zajęła...uwaga - 2 godziny!!! Po dotarciu na dworzec autobusowy zostaliśmy źle skierowani i przez 20 min plątaliśmy się nie po tym terminalu co potrzeba. Jeszcze Nas tam oszukali i wcisnęli leciwy, śmierdzący autobusik z marnie działającą klimą, zamiast dużego i luksusowego (o którym się dowiedzieliśmy w drodze powrotnej)...ehh mój mąż nic załatwić nie potrafi, no a ja języka tureckiego nie znam, uznałam, ze skoro on Turek to w jego kraju sam sobie poradzi i nie da się  "wpuścić w maliny," a tu zonk...Podroż była bardzo meczącą, klimatyzacja w autobusie nie działała prawidłowo, czuć było spaliny, twarde jak drewno siedzenia i oparcia, zero serwisu, ale za to takie piękne widoki przez szybę, które podziwiałam, rekompensowały te niedogodności. Droga z Antalyi do Fethiye jest piękna, skrócona między górami, ale to są piękne góry, zielone, porośnięte drzewami iglastymi, nie to co na Cyprze Północnym. 
W końcu dotarliśmy szczęśliwie około 20 do Fethiye i stamtąd musieliśmy się dolmuszem (mini bus) dostać jakoś do  Ölüdeniz . Na cale szczęście busiki zatrzymują się blisko dworca autobusowego i kursują co 3-5 min. W  Ölüdeniz byliśmy około 20:30, trzeba było znaleźć hotel i znowu problem, nikt nie słyszał o tym hotelu, ja ledwo przytomna z torebką i mniejsza torbą podróżną w ręku,  ledwo stojąca na nogach, głodna i wciąż senna po medykamentach, miałam już serdecznie dosyć tego wyjazdu. W końcu ktoś z miejscowych powiedział, ze ten hotel to się tak kiedyś nazywał i teraz nazywa się inaczej i jest "o tam daleko na końcu plaży". Doczłapaliśmy się w końcu, zameldowaliśmy się w hotelu, rzuciliśmy bagaże do pokoju i pędem pobiegliśmy na prawie sam koniec kolacji, zjedliśmy jakieś nędzne resztki i szybko pod prysznic i spać. Spaliśmy chyba do 10 rano? Znowu pędem na śniadanie, bo było wydawane tylko do 10:30.  Hotel ok, ale  nie tak to sobie wyobrażaliśmy, mało atrakcji więcej europejskiej kuchni niż tureckiej, ale w sumie nie ma co się dziwić, większość turystów to Anglicy, Rosjanie i Polacy. Mięliśmy niby ultra all inclusive, a za niektóre rzeczy kazali sobie płacić. Hotel położony w malowniczym ogrodzie, super zadbanym, bardzo cicho mimo wielu rodzin z dziećmi. 
Wycieczki organizowaliśmy sobie sami we własnym zakresie, gdyż hotel nic takiego nie organizował. Wybraliśmy się w rejs statkiem po zatoce Ölüdeniz - piękna podroż! Zatrzymywaliśmy się w kluczowych punktach m.in w dolinie motyli (Valley of Butterflies) których było jak na lekarstwo, następnie w miejscu o nazwie zimna woda (Cold water), faktycznie była mega zimna mrożąca krew w żyłach, dosłownie, dało się wytrzymać 5 -10 min, a wszystko to dlatego, że do morza spływał lodowaty strumień górski, byliśmy tez na wysepce Gemiler, która wg legendy była miejscem zamieszkania św. Mikołaja zanim stal się świętym od prezentów (i przeniósł się do zimnej Laponii :P), ruiny miasta z VII wieku zrobiły na mnie archeologu, ogromne wrażenie.  
Valley of Butterflies

 Valley of Butterflies 

 Wysepka Gemiler z ruinami miasta z VII w. n.e

 Wysepka Gemiler z ruinami miasta z VII w. n.e
 
Na drugi dzień do zmusiłam męża do wycieczki konno w górach - poradził sobie chociaż w siodle siedział 1 raz w życiu :P . Byliśmy tez w prawdziwej tureckiej łaźni i spa gdzie przez 30 min zostałam dokładnie wymasowana przez masażystkę - bosko prawie tam usnęłam tak dobrze masowała, pozbyłam się bólu pleców i kolan!! poczułam się po tym jak nowo narodzona. Polecam prawdziwy turecki hammam - łaźnia turecka - każdemu kto odwiedza Turcję. Można poczuć się przez te parę chwil bosko i skóra po tym zabiegu jest gładka, jędrna i wypoczęta! 

 Wnętrze tureckiego hammamu z umywalkami i tzw. stołem - brzuchem (tr. göbek taşı)

Głownie siedzieliśmy z mężem poza hotelem, na plaży, nurkowaliśmy w lagunie, która okazała się bardzo głęboka, ale przez to mogłam obejrzeć co nieco pięknych ryb i jeżowców. Plaza tylko kamienista, a nie jak na Cyprze czysty biały piasek. Do tego wszystko było otoczone górami i powietrze było bardzo rześkie nie było czuć opalu jak u mnie, do tego chyba temperatura  była niższa, albo tak mi się zdawało. Oczywiście temperatura wody zdecydowanie dużo niższa niż na Cyprze, miejscami wręcz lodowata!! 


Pojechaliśmy także do Fethiye, gdzie przeszliśmy się po porcie, w którym pływał ogromny żółw morski, cudowne zwierze przez moment poczułam się jak w National Geographic! Odwiedziliśmy także ruiny rzymskiego teatru. 

 
Teatr rzymski w Fethiye (staroż. Telmessos) 
Doczłapaliśmy się na dworzec gdzie dowiedzieliśmy się, o której mamy powrotny autobus do Antalyi i wykupiliśmy za te same cena luksusowy autobus, z full serwisem (kawa/herbata i inne napoje + własnym mini telewizorkiem-komputerem, gdzie można było skorzystać z radia, tv, internetu lub obejrzeć film na DVD) i pomyśleć, że mogliśmy tym samym autobusem dojechać do Fethiye...ehhh. Dodatkowo w Fethiye rzuciliśmy się do sklepów z ciuchami, tzn. ja się rzuciłam, maż wyjścia nie miał, bo akurat były wyprzedaże. Obkupiliśmy się w ubrania z przeceny. Zakupiliśmy ich pełno i dzięki temu za dobra cenę mamy kilkanaście nowych rzeczy w szafie, a nie tylko 2 sztuki, które za te sama cenę kupilibyśmy w tym samym sklepie tu na Cyprze Północnym. Niestety ceny w Turcji powalały Nas na każdym kroku. Było mega wszystko tanio, o połowę lub nawet 3/4 ceny!!! 
W drodze powrotnej wyruszyliśmy prawie dzień wcześniej, bo nie mieliśmy jak zsynchronizować autobusu z samolotem, który mieliśmy o 11 rano z Antalyi, wiec o 3 w nocy siedzieliśmy w tym luks autobusie - wyspałam się w nim i o 6 rano byliśmy już w Antalyi, wzięliśmy autobus miejski z dworca, który zwiózł Nas pod samo lotnisko, tam poczekaliśmy od 8 rano do 11 na samolot i o 12 już byłam u siebie na wyspie, przelatywaliśmy nad Alanyą i bardzo mi się spodobała, mała miejscowość, ale widać, że plaża piękna no i zamek zrobił wrażenie - typowe usytuowanie obronne na półwyspie wcinającym się ostro w morze. 

 Alanya z samolotu - widok na zamek i całe miasto.
Żal Nam się zrobiło, a widziałam, że mąż najbardziej żałuje, chyba  zrozumiał, że tu na Cyprze Północnym przyszłości jako takiej dla Nas nie ma, bo ceny są koszmarne, bo w porównaniu z Turcją nasz  Cypr to pustynia dosłownie społeczna, geograficzna, kulturowa, finansowa, studnia bez tzw. dna, a tym bardziej dla Naszych przyszłych dzieci,  jeśli zostaniemy kiedyś nimi obdarzeni. Mój mąż ma tu stałą dobrze płatną pracę, w Turcji nigdy tyle nie zarobi co tutaj, dlatego mieszkamy tutaj. Dla Nas Turcja jest bardzo tania, bo mąż ma dobrą pensję ale myślę, iż byłaby w pewnym sensie też droga, gdyby tam pracował za turecką pensję, która jest podobno dużo niższa niż na Cyprze Północnym. Dlatego musimy się pomęczyć oboje do czasu jego emerytury te kilkanaście lat, ale wiem, iż nie spędzimy naszych sędziwych lat na wyspie. Chyba, że stanie się jakiś cud np. Cypr Północny zostanie uznany, oderwie się od południowej greckiej części i stanie na nogi sam, że będziemy mieć tu wszystko jak w Turcji, ceny, sklepy, produkty ogólnie tam dostępne, więcej linii lotniczych do wyboru, w końcu jakąś stałą rozrywkę, a nie stagnacje i wszechobecną nudę.
Ten wyjazd  trwał tydzień, ale oboje mamy wrażenie, jakbyśmy spędziliśmy tam dobry miesiąc. Wypoczęliśmy w ciszy i spokoju, wieczorami mogliśmy pochodzić po rozrywkowej części miasteczka do późnych godzin nocnych, mieliśmy aktywny wypoczynek, sklepy na wyciągniecie reki, restauracje, super atmosferę. Jestem bardzo zadowolona z tego wyjazdu i żal było wracać na Cypr. Przez okna samolotu lądującego na Ercan nie widzieliśmy nic tylko puste, spalone słońcem pola, masyw górski, który wydal się w porównaniu z górami otaczającymi Antalyę i  Ölüdeniz, nędzna namiastka pagórka...pusto, żółto, zero miast, małe wioski rozstrzelone w promieniu 20 - 30 km od siebie...Nic się nie odzywałam, maż przeżywał chyba bardziej ode mnie, na koniec stwierdził "o rany gdzieśmy wrócili?!", a ja wtedy odpowiedziałam "na pustynię kochanie, na pustynię".

Widok na prawie całe Ölüdeniz

9 sierpnia 2011

Informacja :)

Uwaga drodzy czytelnicy, na około półtora tygodnia zniknę z bloga. Ma to swój powód - wyjazd z mężem na wczasy do Turcji. Wracamy niebawem, także blog powróci razem z Nami. Mam nadzieję, że chwilowa dosłownie nieobecność nie zniechęci Was do odwiedzania tego bloga. Po powrocie nowe posty i relacje :)
Do zobaczenia wkrótce! Pozdrawiam ciepło!

6 sierpnia 2011

Port w Boğaz i restauracje

Port w Boğaz (gr. Μπογαζι) leży nad długą zaokrągloną zatoką Famagusta Bay (gr. Κολπος Αμμοχωστου). Jest to mały port, na wschód od Famagusty, tylko dla yachtów i łodzi rybackich. Jest też mała piaszczysta plaża, która należy do pobliskiego hotelu Boğaz.

  
 
Wzdłuż nadbrzeża portu ulokowane są bary, tawerny i restauracje. Od razu muszę powiedzieć, że nie polecam zachwalanej przez miejscowych i turystów restauracji "Kemal' In Yeri" - okropne jedzenie, bardzo tłuste, małe meze, ceny z sufitu, mało smaczne - strata pieniędzy! Zjedliśmy z mężem raz, pochorowaliśmy się i więcej nie poszliśmy. Inne restauracje, które tam się znajdują oraz tawerny są w porządku. Można sobie posiedzieć przy stoliku tuż nad brzegiem morza i portu, posączyć herbatkę lub wino z lokalnych winnic. Wieczorami jest grana muzyka na żywo. Oblegane jest to miejsce zawsze w weekendy, czasem trzeba zarezerwować stolik wcześniej. 


Po drugiej stronie szosy, która oddziela port od reszty miasteczka, również znajdują się bary. Niedaleko portu, w kierunku Famagusty znajduje się inny hotel "Exotic" do którego należy restauracja "Kiyi" specjalizująca się w daniach z miejscowych morskich ryb. Ceny nie wygórowane, przepiękna dekoracja talerzy, miła atmosfera - restauracja oblegana w weekendy, ale także wieczorami każdego dnia. Przepyszne bogate menu, nie tylko dania rybne, chociaż tych jest większość, ale również dania mięsne i małe przekąski. Bardzo miła obsługa. Poszliśmy tam z mężem w zeszłym roku świętować moje urodziny. Polecam tę restaurację!!! Byłam zachwycona daniami - zamówiliśmy meze czyli tradycyjne przystawki - dostaliśmy tak dużo, że nie daliśmy rady zjeść wszystkiego, a jeszcze przecież czekało na Nas danie główne. Musieliśmy z niego zrezygnować. Samo meze było przepyszne: wędzone rybki, pasta czosnkowa, krewetki w oliwie z oliwek, oliwki, humus, paluszki krabowe, małże, krążki z kalmara, kawałki gotowanej ośmiorniczki w zalewie, do tego 3 rodzaje sałatek, jogurt, chlebek z grilla, grillowany ser owczy Hellim, ciepłe smażone rybki Hamsi, smażone w panierce szczypce kraba, do tego na koniec migdały do pochrupania, oczywiście herbata turecka w tulipanowej szklaneczce. Zresztą sami zobaczcie:




Ogólnie REWELACJA!!! Jest to moja ulubiona restauracja. Można zjeść wewnątrz lokalu, ale można też na zewnątrz. Restauracja ma bowiem długie betonowe molo, zakończone w formie kwadratu, na którego środku postawiona jest wielka zielona neonowa palma - znak rozpoznawczy restauracji. Na owym molo są postawione stoliki. Nieopodal są cztery huśtawki, na których można w 2-3 osoby posiedzieć tuż nad brzegiem morza.