26 grudnia 2011

Sylwester 2011/2012

Post informacyjny dla tych, którzy chcą świętować po tureckiej stronie Nowy Rok.

Kyrenia:

Jak co roku, na głównym placu miasta (Ramadan Cemil Square) od godziny 22 do północy odbędzie się koncert Girne Town Orchestra , oraz odbędzie się pokaz sztucznych ogni.

Famagusta:

Pokaz sztucznych ogni, poprzedzony koncertem od 23 do północy. Jak zwykle impreza będzie na placu Namik Kemal Square przed katedrą św. Mikołaja (meczet Lala Mustafa Paşa).

Nikozja:

Z przyczyn finansowych koncertu noworocznego i pokazu sztucznych ogni, w tym roku nie przewiduje się.

Iskele:

Również i tu nie będzie w tym roku noworocznych celebracji - pieniądze na ten cel popłynęły na pomoc ofiarom trzęsienia ziemi w Van, w Turcji.

Güzelyurt:

Nadal nie wiadomo czy odbędą się uroczystości. Ma zebrać się rada miasta i zdecydować.

Na wszystkie w/w koncerty wstęp jest wolny, można ze sobą przynieść alkohol. Pokazy sztucznych ogni nie trwają nigdy dłużej niż 10 - 15 min. Warto być wcześniej, bo później ciężko jest znaleźć miejsce do zaparkowania samochodu.

23 grudnia 2011

Życzeń czas...:)

 
Niech te święta sprawią,
że będziecie potrafili cieszyć się tym co macie.
Niech marzenia zmienią się w cele,
do których będziecie dążyć.
Niech nie zabraknie Wam miłości i wsparcia,
żeby pokonać przeciwność losu.
Niech przyjaciele i rodzina pokazują Wam
jak wyjątkowi jesteście.


18 grudnia 2011

Blog Roku 2011

Biorę udział po raz pierwszy w konkursie Blog Roku 2011. Właśnie zgłosiłam swojego bloga. Mam nadzieje, że zostanie zauważony i dzięki temu będzie mieć on wielu czytelników, na czym mi bardzo zależy. Na razie czekam na potwierdzenie udziału w konkursie i jak do mnie dojdzie to Was poinformuję o szczegółach! :)

http://www.blogroku.pl/kategorie/w-kraju-ktory-nie-istnieje,gwipm,blog.html


...........................................................................................
Dostałam potwierdzenie udziału w konkursie. Jak widzicie po lewej stronie znajduje się banner kategorii konkursowej, w której mój blog bierze udział, a zaraz pod nim znajduje się aktywny link do strony bloga roku.

Numer mojego bloga, który będzie potrzebny do głosowania to: D00036. O głosowaniu poinformuję wkrótce :)
............................................................................................
Zasady konkursu możecie znaleźć TUTAJ

17 grudnia 2011

Pomarańczowo

Sezon na pomarańcze, mandarynki i cytryny trwa w najlepsze. Świeże, prosto zerwane z drzewa, z listkami zielonymi mandarynki i pomarańcze można przerobić na różne sposoby np na pomarańczową tartę, na sok, na dżem, ale przede wszystkim na kandyzowaną skórkę, którą potem można wykorzystać do ciast i deserów przez cały rok. Ja już zrobiłam litrowy słoik i wyszło rewelacyjnie! Lepszy smak niż ta wysuszona ze sklepu tzw gotowa, po , której zawsze miałam problemy z żołądkiem (odbijała się).
Oto prostu przepis jak ją zrobić -
akurat zdążycie przed świętami  :)

Składniki na jeden słoik litrowy, lub kilka mniejszych:
  • 4 pomarańcze
  • 2 szklanki wody
  • 2 szklanki cukru
Przygotowanie:

Pomarańcze umyć i sparzyć wrzątkiem. Obrać ze skóry krojąc nożem od góry owocu do dołu (tzw wertykalnie). Obraną skórę przełożyć do miski z zimną wodą i odstawić na 24h. Po tym czasie wymienić wodę i zalać skóry pomarańczy ponownie zimną wodą - odstawić na 24h.
Następnie do garnka wlać 2 szklanki wody i wsypać 2 szklanki cukru kryształu, doprowadzić do zagotowania, zdjąć z ognia.
Skórki pomarańczy  pozbawić białego środka - im więcej zeskrobiemy tym lepiej - skórka wtedy będzie mniej gorzka! Następnie kroimy skórkę w paseczki lub jeśli ktoś woli w kostkę.


Wszystko wrzucamy do garnka z syropem cukrowym i gotujemy na średnim ogniu przez ok 30 min. Po tym czasie odstawiamy na kilka godzin, a następnie znowu gotujemy przez 30 min. 


Skórka po ugotowaniu ma być miękka i szklista. Słoik(i) umyte i wyparzone wraz z pokrywkami zapełniamy ostudzona uprzednio skórką, a następnie zalewamy całym syropem. Słoiki zakręcamy i wstawiamy w chłodne, ciemne miejsce - ja tutaj przechowuję mój słój w lodówce. 
Skórka po ugotowaniu:

Syrop pełni rodzaj konserwantu i dzięki temu skórkę możemy wykorzystywać przez cały rok, bo nie jest ona sucha, tylko cały czas miękka, smaczna i świeża.


Smacznego!!! A tu znajdziecie przepis na konfiturę z pomarańczy, swoją drogą blog rewelacyjny - polecam wszystkim piekącym - zamierzam wypróbować przepis po nowym roku :) Konfitura z pomarańczy - przepis

7 grudnia 2011

Kosmetyki - lakiery i odzywki do paznokci.

Jakiś czas temu wspominałam, że napisze o kosmetykach tureckich jakie mozna tutaj dostać, ale nie tylko tu. Część z tych kosmetyków można kupić też w Polsce. Chyba wszyscy dobrze znają wiodącą turecką markę kosmetyków Golden Rose. Może nie są to super świetne kosmetyki jak np Max Factor, czy Clinique, ale za to przystępne i na każdą kieszeń. Ja korzystam zawsze z takich przystępnych cenowo kosmetyków. Wychodzę z założenia, że skoro  mam kupić jeden  tusz do rzęs za 200zl to mogę w tej kwocie przecież zmieścić kilkanaście innych kosmetyków, nie tylko sam tusz. Czasem okazuje się, że tusz za 20 kilka złotych nie rózni się od tuszu za 200zł.
W Polsce najbardziej sa popularne chyba lakiery z Golden Rose o wielu barwach i dużym spektrum przeznaczenia. Niedawno pojawiły się lakiery pękające (crackle), ja jednak używam tradycyjnych. Na szczęście tutaj jest znacznie większy wybór kosmetyków z tej firmy. W końcu turecka firma, dlatego każdy supermarket czy nawet mały wiejski sklepik posiada część ich asortymentu.
Druga  firmą, z która pierwszy raz spotkałam się w Turcji, a potem tutaj jest Flormar.  Produkuje m.in. bardzo dobre, trwałe lakiery o bardzo fajnych kolorach, i roznych seriach (m.in graffitti, neon, supershine). Nie spotkałam się z tą firma w Polsce (moze dlatego, ze wg strony internetowej firmy, sklepy znajduja sie tylko w 4 miastach Polski - niestety nie w Warszawie), ale może przeoczyłam. na pólkach sklepowych. Lakiery porównywalne cenowo do tych z Golden Rose. Jednak wydaje mi się, że Flormar ma fajniejsze kolory- bardziej odważne. Ostatnio wypuciła na rynek kolory pastelowe - hit sezonu.
 ***
Dzisiaj zrobię Wam recenzję olejku i odżywki do paznokci z Golden Rose oraz ulubionego lakieru z Flormar.
Moja paznokcie sa cienkie i delikatne, łatwo się łamią i będąc w Poslce usielnie kupowałam rózne odżywki, ale bez efektu. Poczytałam tez o róznych sposobach na wzmocnienie paznokcia. w końcu znalazłam odzywke w pewnycm sklepie internetowym. Byla to odzywka marki Sally Hansen i bardzo mi pomogła. Na tyle, że mogłam wyhodować w końcu super mocne, długie paznokcie. Jednak szybko odzywka skończyła się, a że nie mam tu mozliwości kupienia tej marki (chociaż może gdzieś w drogerii bym ją wulukała), to musiałam się rozejrzeć za jakąś tutejsza alternatywą. Wybór padł na odzywkę Golden Rose z serii Nail Care, a dla lepszego efektu dokupiłam także olejek do paznokci z tej samej serii. Cena olejku i odżywki Golden Rose była podobna -  okolo 6 TL każdy. Zapakowane w ładne kartonikowe białe pudełeczko z foliową "szybką", na którym znalazłam taki oto opis producenta:

Olejek do suchych, łamliwych i słabych paznokci:
Regenerujący i nawilżający olejek z witaminą E, olejkiem jojoba i aloesem.

Bogata w odzywanie olejek jojoba, olejek ze słodkich migdałów i aloes formuła do słabych i suchych pzanokci. Zawiera  kompleks aloesowy, z jojoby, slodkiego migdala z esencja olejku cytrynowego wraz z witaminą E, ktory zapewnia intensywne nawilżenie i regenrację. Pomaga nawilzyć paznokcie, by stały się bardziej  giętkie i odporne na uszkodzenia.

Sposób uzycia:

Zaaplikować warstę olejku na oczyszczone paznokcie i wmasować okrężnymi ruchami przez kilka minut, w celu zwieśzkenia wchłonięcia preparatu. Używać kilka razy w tygodniu lub codziennie, jeśli paznokcie są suche.

Olejek ma 12ml , nr na buteleczce to 12, kolor żółty transparentny.

Moja opinia:

Super wydajny! Używam go juz przeszło od miesiąca i nadal nie widać, żebym go dużo używała (poziom w buteleczce minimalnie się zmniejszył(. Piękny cytrynowy zapach. Kolor żółty w buteleczce, po nalozeniu na paznokiec jest przezroczysty i blyszczacy. Bardzo latwa i przyjemna aplikacja, ja wcieram go także w okolice paznokcia. Stotuje także na paznokcie u stóp.
Jestem bardzo zadowolona, to pierwszy olejek do paznokci jaki używałam. Efekty widoczne juz po kilku dniach. Paznokcie są faktycznie nawilzone, wcześniej miałam na nich brzydkie "paski", ktore tworzyły nie ładną powierzchnię. Teraz to zniknęło, w końcu gładkie i zdrowe paznokcie. Widać pozytywne efekty :)

Olejek:


***********************************
Odzywka do paznokci z serii Nail Care "Calcium Milk": (również zapakowana w białe pudełeczko z foliową "szybką") Do słabych, cienkich i łamiących się paznokci.
Calcium Milk (chodzi o związek wapna i mleka) pomaga odbudowac cienkie i słabe paznokcie aby rosły długie, mocne i piekne. Wzmacnia odporność paznokci na uszkodzenia. Calcium Milk jest bogaty w wapń, proteiny mleka, mleczko owsiane i czysto naturalne, botaniczne olejki do nawilżenia Twoich paznokci, zamyka końce paznokcia zabezpieczając je przed łamaniem, rozdwajaniem, rozrywaniem, połamaniem i promuje wzrost mocnych, giętkich i promiennych paznokci.

Sposób uzycia:

Zaaplikuj jedną warstwę bazowa na czyste i suche pzanokcie, przed nalozeniem kolejnej warstwy odczekaj do calkowitego wysuszenia. Zaaplikuj dwie warstwy w celu uzyskania naturalnego wyglądu pzanokcia.

Odzywka ma 12 ml, nr na buteleczce to 13, kolor biały nieprzezroczysty.

Moja opinia:

Odzywkę używam jako warstwę ochronną przed położeniem innego koloru lakieru, lub stotuję samą jako lakier bezbarwny. Jedna warstwa odżywki jest przezroczysta na paznokciu, dopiero po nałożeniu drugiej widać lekko mleczny odcień, który nie zmienia koloru nałozonego nań innego lakieru.
Uzywam jej od miesiąca i efekt średni. To znaczy, paznokcie mam nadal długie, ale część potrafi się jednak złamać. Odżywka szybko schodzi z paznokcia, jesli jest nałozona sama i trzeba aplikować ze 2  razy w ciągu tygodnia - chyba, że nałożę na to inny lakier, wtedy wszystko trzyma.
Na pewno nie utwardza moich paznokci. Druga warstwa lekko smuży przy nałożeniu - jeśli chcemy mieć tylko odzywkę na paznokciach zalecam dokładna aplikację i poprawianie.
Nie jest tak wydajna jak olejek, ale po miesiącu używania nie doszłam jeszcze do połowy buteleczki. Według mnie dla moch paznokci jest ona za słaba. Jednak idealnie nadaje się jako baza pod lakier (szczególnie nałożone 2 warstwy).

Ogólne wrażenie - pozytywne jesli chodzi o olejek, ale na drugi raz spróbuję kupić inną odżywkę z tej serii i zobaczymy jaki będzie efekt. Obok tego olejku i mlecznej odzywki w tej serii znaleźć mozna odzywke witaminową, odżywkę do skórek, chyba żel (ale nie jestem pewna) do usuwania skorek. Jest kilka rodzajów. Łatwo poznać ze względu na białe pudełeczko.

Poniżej fotki  buteleczki:


************************************
Lakiery Flormar wg mnie sa bardzo dobrymi lakierami o przystępnej cenie (ponizej 5 TL). W Turcji takie lakiery kosztowały niecałe 2-3 TL (zalezy jaka pojemność). Pierwszy raz używałam lakieru pastelowego nr 04 kolor przyominał znane odmiany lakierów nude. Bardzo byłam zadowolona, jedna - dwie warstwy i super naturalne paznokcie, lakier długo się utrzymywał na płytce i nie odpryskiwał., nie odbarwiał paznokcia Niestety tego nr 04 nie moge tu wypatrzeć, albo jest bardzo popularny, albo nie ma zbycia.
Zaopatrzyłam się teraz w inny kolor tej fimry, mianowicie w odcien przypominający mleczna czekoladę lub kakao. Kolor lakieru to 413. buteleczka o pojemności 11ml z wybitą datą ważności do 2016 r. Trzeba nalożyć 2 warstwy dla idealnego efektu. Lakier nie odpryskuje, trzyma się do tygodnia na paznokciu., nie odbarwia go. Nie smuży tworząc bardzo połyskliwą powierzchnię. Idealny kolor na ten sezon, bardzo pastelowy - świetny, niemalże chce się go zjeść!
 
Poniżej fotki tego lakieru na moich paznokciach (2 warstwy) oraz fotka buteleczki:


Mam nadzieje, że ta recenzja spodoba się i skusicie się na którąś z firm. Osobiście polecam Flormar (większy wybór ciekawych kolorów), ale Golden Rose z sentymentu nawet, warto sprawdzić. Mają też świetne kolorki - szczególnie w serii Paris! Wkrótce na blogu kolejna odłosna tureckich kosmetyków :) Pozdrawiam wszystkich cieplutko :)

4 grudnia 2011

Spis ludności

Dzisiaj odbywa się powszechny spis ludności w tej części wyspy. Oprócz obywateli KKTC, zostaną spisani także rezydenci. Czekam , aż pojawią się u mnie na osiedlu :) Jestem również ciekawa ile w sumie wszystkie Nas jest na wyspie i jakie wyjdą statystyczne proporcje. Nie zdziwiłabym się jakby rezydentów było na równi z obywatelami, ale może się mylę? Zobaczymy. Na razie czekam, jak się pojawią to opisze jak taki spis tu przebiega :) Wiem, że wszystko jest dzisiaj pozamykane, każdy siedzi w domu i czeka, a mój mąż wybył już o 4 rano do pracy, bo od 8mej uczestniczy w takim spisie przeprowadzanym w jednej z tutejszych wiosek w Karpaz.


.....................................................................................................


Jestem już po spisie. Panie miłe, jedna z nich rozmawiała ze mną po angielsku. Spis polega na wypełnieniu formularza, znajdującego się w dużej książce, składającego się z kilkunastu pytań i odpowiedzi. Zajęło Nam to w sumie około 15 minut. Oprócz działu dotyczącego danych osobowych, reszta to pytania. Pytania rożne  m.in. o pobyt, w KKTC (od kiedy, jak długo), o obywatelstwo, o zatrudnienie, skąd przyjechaliśmy do KKTC i w jakim celu, o to jak duże jest mieszkanie, ile posiadamy komputerów, czy jest ogrzewanie w domu, jeśli tak to jakie, czy jest basen, jeśli tak to jaki itp. To wszystko :)

2 grudnia 2011

Prawo Jazdy

Niedawno zrobiłam prawo jazdy tu na Cyprze Północnym. Postanowiłam opisać jak to się odbywało.
Kurs kosztował 1500TL. W tej cenie wliczona jest opłata za egzamin praktyczny oraz 10 godzin jazd samochodem na kursie. Szkoły jazdy same wypełniają dokumenty i same rejestrują na egzamin. Można zdawać w języku angielskim i tureckim. Ja zdawałam w Famaguście.

Jakie dokumenty potrzebne:

* dowód osobisty (kimlik) o ile taki mamy
* jeśli nie mamy dowodu osobistego, bo np nie posiadamy obywatelstwa KKTC to potrzebny będzie ważny paszport z wbita wiza rezydenta.
* zaświadczenie o zamieszkaniu od muhtara (muhtar to odpowiednik burmistrza lub sołtysa - zależy gdzie mieszkamy).
* kserokopia naszego paszportu /kimliku
* kserokopia j.w naszego współmałżonka (w przypadku osób zamężnych, żonatych)
* 4 zdjęcia jak do dowodu osobistego/legitymacji)

Po złożeniu dokumentów szkoła wypełnia za nas zgłoszenie na egzamin i kurs. Wyżej wymienione dokumenty i wypełniony formularz wraz z naszym paszportem / kimlikiem wędruje do tutejszego odpowiednika wydziału komunikacji.  Po rejestracji wszystko to wraca do szkoły jazdy.
Do wyboru mamy dwa samochody z manualna skrzynią biegów i z automatyczną. Ja wybrałam manualną ponieważ nasz samochód takową posiada, poza tym byłam już po jazdach i kursie na prawo jazdy w Polsce. dlatego uznałam, że będzie to najrozsądniejsze rozwiązanie.
Zanim wsiądziemy do samochodu trzeb zdać egzamin ze znaków. Nie ma tu egzaminu teoretycznego, z zasad ruchu drogowego, czy obsługi pojazdu. Nie ma też żadnych testów komputerowych. Odpowiada się ustnie przed egzaminatorem.
trzeba nauczyć się znaków i ich znaczenia z książek, które dostaniemy od szkoły jazdy. Ja dostałam cieniutką książeczkę z samymi znakami z objaśnieniem po turecku ich znaczenia oraz odpowiednik dużo grubszy, angielskiej książki. Książki te potem zwróciłam szkole.

 Jak wygląda egzamin ze znaków w Famaguście?
 
Po rejestracji na egzamin zostaje wyznaczony termin i godzina egzaminu. Trzeba być o 8mej rano już pod budynkiem, gdzie ten egzamin się zdaje. Łatwo poznać, bo tłum ludzi okupuje wejście - egzaminy odbywają się we środy i piątki.
I tu zaczyna się typowo cypryjska paranoja: na egzamin trzeba być o 8mej, ale egzamin jak dobrze pójdzie jest dopiero o 12 lub 13 , co robią przez tyle godzin egzaminatorzy tego nie wiem. W każdym razie na początku egzaminatorzy wychodzą na ulice i wywołują każdego po kolei. Pierwsze pytanie jakie zadają to pytanie o nr rejestracyjny wskazanego samochodu - trzeba przeczytać - nie wiem po co to jest, nie pytajcie! :P
Potem - czyli za jakieś kolejne 30 min wywołują po kolei egzaminowanych. Kiedy przyszła moja kolej, egzaminator wyją ł w/w cieniutka książeczkę i kazał mi powiedzieć co wskazany przez niego znak oznacza. Zazwyczaj pytają o maksymalnie 5 znaków, ale może się zdarzyć, ze pytają o więcej. Po odpowiedzi, zostaniemy poproszeni o podpisanie się na protokole egzaminacyjnym.
Egzamin zdany. Jeśli ktoś nie zda to oczywiście może mieć kilka podejść, ale jest to tak prostu egzamin, ze trzeba nic nie powiedzieć, żeby nie zdać. Ja zdałam za 1 razem.

Po zdaniu egzaminu możemy już wsiadać do samochodu szkoły jazdy i udać się na jazdy. Na jazdach nauczane jest jazda po drogach miejskich , ronda oraz cofanie i zawracanie na trzy (czyli zawracanie z użyciem biegu wstecznego), oraz zawracanie z użyciem infrastruktury drogowej czyli np  wjazdu, bramy czy malej drogi wewnętrznej. Nie ma parkowania! Do tego instruktor pozwala na jazdę tylko na pierwszych dwóch biegach czyli 1, 2, a no i ewentualnie bieg wsteczny...
Kazda szkoła jazdy uczy tylko jak zdać egzamin, a nie jak bezpiecznie i dobrze jeździć,  dlatego warto kupić sobie czerwona literkę L i dodatkowo jeździć po tych 10 godzinach wyjeżdżonych na kursie z kimś, kto już ma prawo jazdy ponad 5 lat - tu jest to dozwolone. Ja to pominęłam, ponieważ jak wspomniałam w Polsce odbyłam cały kurs łącznie z egzaminami co w sumie dało mi okolu 50 godzin jazd w ruchu prawostronnym.
Te 10 godzin w  ruchu lewostronnym były potrzebne, żeby przestawić się. Na początku miałam problem ale po 2-3 jazdach było już ok.

Jak wygląda zdanie egzaminu praktycznego w Famaguscie?

Szkoła jazdy ma obowiązek zapisać Nas na egzamin praktyczny po odbyciu 10 godzin jazd praktycznych. Egzamin praktyczny odbywa się w tych samych dniach co egz. ze znaków czyli we środę i piątek.
Zdaje się egzamin na tym samym samochodzie, na którym jeździło się na kursie, przed egzaminem dostajemy fakturę od szkoły jazdy za opłatę za egzamin praktyczny i kurs oraz komplet dokumentów samochodu, którym będziemy jechać. Egzaminator sprawdza to wszystko przy Nas. Egzamin zwykle trwa 10 - 15 min. Trasa zależy od egzaminatora, najczęściej jednak trasa jest również znana szkołom jazdy i pod tym kątem odbywają się jazdy praktyczne.

Egzamin rozpoczynamy od wylosowania egzaminatora, który będzie nas egzaminować. Jego nazwisko zostaje wpisane kolo naszego w protokole egzaminacyjnym. Następnie czekamy na swoja kolej. Kazdy z egzaminatorów ma po kilku zdjacych.
Kiedy przychodzi czas na egzamin wsiadamy do samochodu i udzielamy odpowiedzi na pytania egzaminatora, może zapytać o markę i model samochodu, o to z jaka prędkością możemy jeździć po mieście, ale na pewno znowu będą pytania o znaki z cieniutkiej książeczki. Po udzieleniu odpowiedzi odnośnie znaczenia znaków, egzaminator zezwala na jazdę po wybranej przez niego trasie.

  Mój egzamin trwał niecałe 10 min, egzaminator cały czas rozmawiał przez telefon komórkowy i kazał jechać prosto, także nie miałam ani parkowania, ani żadnego zawracania kazał jechać przed siebie i ewentualnie wskazywał gdzie mam skręcić. O i tyle, egzamin zdany za 1 razem...

Obawiałam się w sumie tylko jednego, ze egzaminator nie będzie mówić po angielsku, albo będzie mówić źle i nie będę w stanie go zrozumieć i nie wykonam manewru, który mi zada. Na szczęście trafił mi się dobrze mówiący po angielsku.
Po skończonym egzaminie idziemy z egzaminatorem i podpisujemy się na protokole, dostajemy tez książeczkę, gdzie znajduje się nasze zdjęcie i informacja ze jest to nasze tymczasowe prawo jazdy i ze zdaliśmy pozytywnie egzamin w dniu tym a tym.
  Następnie szkolą jazdy wypełnia za nas formularz o wydanie prawa jazdy, na tym formularzu wpisane są dane osoby zdającej, nr paszportu / kimliku, adres zamieszkania, grupa krwi i wykonywany zawód.
Prawo jazdy wydawane jest na początku tylko na rok, potem trzeba je sobie przedłużyć. Przedłużenie zależy od tego ile pieniędzy chcemy na to przeznaczyć. Najtaniej jest oczywiście znów na rok, ale bardziej opłaca się przedłużyć na 5 czy 10 lat. Co roku cena się zmienia, dlatego nie jestem w stanie podać aktualnej ceny. Gdyby kogoś to interesowało to proszę dać znać w komentarzu, przy okazji wizyty w Famaguscie podjadę do wydziału komunikacji.
Ja na prawo jazdy czekałam ok. 3 tygodnie, ale zdarza się, ze już po tygodniu będziemy mieć swoje prawo jazdy ze zdjęciem. Prawo jazdy tutejsze jest w formie plastikowej, jak polski dowód, znajduje się tam zdjęcie, adres zamieszkania, data wydania i data ważności dokumentu, do tego wykonywany zawód oraz nr dokumentu tożsamości - w moim przypadku to nr polskiego paszportu.
Czy to prawo jazdy jest ważne w Polsce dowiem się w najbliższym czasie przy okazji odwiedzin w kraju.

Pozdrawiam wszystkich serdecznie :)


28 listopada 2011

Udane spotkanie

Dzisiaj odbyło się pierwsze i wielce udane spotkanie Polaków zamieszkujących tę część Cypru. Spotkaliśmy się w jednej z restauracji w Kyrenii. Nie wszyscy mogli się pojawić, ale część osób dopisała i spotkanie przebiegło w radosnej atmosferze.
Okazuje się, że wiele polaków mieszka po tureckiej stronie, może nie jest Nas tak dużo jak po greckiej, ale wystarczy żeby się spotkać przy herbacie i pogadać o Polsce, o Cyprze, o tym co Nam się tu podoba, a co nie.
Jak w ogóle doszło do tego spotkania. Kilka tygodni wcześniej założyłam wątek na jednym z tutejszych for internetowych. Pytałam, czy mieszkają tu Polacy. Odzew był bardzo duży, co mnie bardzo ucieszyło i zaskoczyło pozytywnie. Wymieniliśmy się emailami, telefonami i w końcu doszło do spotkania. Być może w przyszłości stworzymy pierwszy związek polaków na Cyprze Północnym. Na spotkaniu padła taka propozycja.
Dowiedziałam się też, że część polaków przyjeżdża tu tylko na wakacje i nie mieszkają jeszcze na stałe. Na spotkaniu były osoby w różnym wieku, ale przecież to nie ma znaczenia. Ważne, żeby trzymać się razem i miło spędzić czas. Prawie wszyscy Polacy mieszkają w Kyrenii lub jej okolicach, tylko ja byłam tam rodzynkiem z rejonu Famagusty.
Bardzo się ucieszyłam i przez chwilę podczas spotkania poczułam, jakbym była w Polsce, siedzieliśmy i gadaliśmy o wszystkim po polsku, zupełnie na luzie jakbyśmy znali się dobrych kilka lat. Ciesze się, że będę mieć z kim spędzać czas. Przemiłe i kulturalne osoby.
Wkrótce planujemy kolejne spotkanie, tym razem już w szerszym gronie :)

13 listopada 2011

Baklava

Długo wyczekiwany przez niektórych przepis na domową baklavę. Oryginalna baklava powinna być zrobiona z orzechów pistacjowych, ja niestety nie miałam, ale za to zrobiłam z orzechami laskowymi - to inna wersja tego przysmaku, ale wg mnie mniej popularna. Niemniej jednak równie smaczna! :)

Składniki:

500 gr orzechów laskowych (włoskich, pistacjowych)
1 opakowanie ciasta gotowego na baklavę (w Polsce można je zastąpić ciastem filo) - ok 500gr
1/4 szklanki cukru kryształu
1,5 kostki masła

Składniki na syrop:

2 szklanki cukru kryształu
3/4 szklanki wody

Przygotowanie:

Najpierw przygotowujemy syrop (musi wystygnąć). Do niedużego garnka wlewamy wodę, dodajemy cukier i zagotowujemy do całkowitego rozpuszczenia cukru - wszystko na wolnym ogniu, żeby się nie przypaliło.
Kiedy cukier się rozpuści zestawiamy z ognia garnek do przestudzenia.

Wyłuskać orzechy. Jeśli macie bez łupin należy włożyć je do młynka lub blendera i zemleć jak najdrobniej.
zmielone orzechy mieszamy z 1/4 szklanki cukru. Odłożyć małą filiżankę orzechów - posłużą jako dekoracyjna posypka po upieczeniu.

W osobnym garnku rozpuszczamy masło. Najlepiej by było, żeby było ono sklarowane (bez białej zawiesiny na wierzchu po rozpuszczeniu). Jeśli nie mamy takiego masła można sobie pomoc przelewając rozpuszczone masło przez sitko i gazę do drugiego garnka.


Przestudzamy, ale nie za bardzo, żeby nie było zbyt zimne - ponieważ będzie się źle rozsmarowywać na cieście. Wyjąć ciasto na baklawę, rozłożyć na stole/stolnicy , przyłożyć formę, która będziemy używać do baklavy i wyciąć pożądany kształt. Nadmiar ciasta zachować (ja tego nie zrobiłam i trudno mi było układać ciasto do formy). Ciasto podczas robienia baklavy wysycha dlatego warto przykrywać je ściereczką. Uwaga ciasto jest cienkie jak pergamin, można je poszarpac zdejmując kolejne warstwy, trzeba robić to bardzo delikatnie!


Forme do baklawy o wysokich brzegach (ja użyłam szklanej formy do tarty) wysmarować rozpuszczonym masłem za pomocą pędzelka. Na dno formy układamy po 1 płacie ciasta, każdy smarując masłem i nakładając na to drugi. Tych warstw powinno być 6-10 zanim zaczniemy nakładać orzechy. Każda warstwa musi być posmarowana rozpuszczonym masłem.


Kiedy mamy nasz spód gotowy, na posmarowane ciasto masłem wykładamy cienka warstwę orzechów. Na to kładziemy kolejny płat ciasta i smarujemy go masłem. czynność tę powtarzamy do całkowitego wykończenia orzechów i ciasta naprzemiennie tj. warstwa ciasta, warstwa orzechów, warstwa ciasta, warstwa orzechów.

Kiedy orzechy się skończą, a zostanie jeszcze trochę ciasta nie ma powodów do obaw. Resztę płatów jak i te po odcięciu  układamy na wierzchu baklavy - tak samo smarując każdy płat masłem. Wierzch również smarujemy dokładnie masłem. 


Ostrym nożem kroimy ciasto w romby lu w kwadraty (ja zrobiłam kwadraty bo najłatwiej i najszybciej), przecinając je prawie do dna formy. Koniecznie trzeba tę czynność wykonać przed upieczeniem inaczej nie pokroimy baklavy po upieczeniu - wszystko się rozwali.


Piekarnik nagrzany do 150C, Czas pieczenia 1 godz do 1 godz 30 min (zależy od piekarnika) - Baklava musi mieć złoty kolor! Po upieczeniu i lekkim wystygnięciu Baklavy stopniowo polewamy ją syropem.

  
Następnie posypujemy wierzch odłożonymi wcześniej orzechami. Jest gotowa do spożycia najlepiej na 2 dzień, jednak wyśmienita jest dopiero po 2 dniach, a nawet 3! Ciasto wtedy wchłonie cały syrop, wszystko się  "zmaceruje" i uzyskamy rewelacyjny smak. Baklavę można przechowywać w lodówce pod przykryciem lub w temperaturze pokojowej.

SMACZNEGO!!!

5 listopada 2011

Zaczyna być zimowo....

Pogoda na Cyprze Północnym niby jest niezmienna, cały czas słońce i ciepło. Kiedy nastaje jesień w Polsce tu nadal jest gorąco, niektórzy amatorzy morskich kąpieli nie zważając na chłód wody jeszcze się kąpią. Cypryjska jesień natomiast jest zupełnie inna niż polska. W ciągu dnia temperatury mogą sięgać +30C w cieniu, natomiast noce bardzo chłodne nawet do +15C. Do tego jak tylko zaczyna zachodzić słońce robi się wietrznie i wiatr ten jest bardzo zimny , a czasami porywisty.
Przedwczoraj tak wiało, że wycie wiatru obudziło Nas w środku nocy. Wiało jak podczas huraganu (takie było wrażenie). Wiatr wył jak w najgorszym filmie grozy. Rankiem - piękne słonce i bezwietrznie. 
Wczoraj natomiast rano obudziło mnie bicie gradu w szyby sypialnianego okna. Male kuleczki bębniły, a sina chmura wisiała tuż nad górami. Po 10 minutach jednak znowu było piękne turkusowe niebo i słonce. Jednak po tym gradzie ochłodziło się i dzisiaj temperatura jest już bardziej "polska". Na termometrze pokazane mam +20C, ale nadal słonce. Niestety musiałam przestać już jakiś czas temu chodzić w japonkach, które zamieniłam na balerinki i tenisówki. Ostatnio z szafy wyjęłam swoje niebieskie kaloszki :) oraz inne zimowe buty. Wczoraj wieczorem pojechaliśmy na dürum (zawijane w pide (rodzaj chleba) grillowane mięso np z kurczaka czy owcy z warzywami i przyprawami), musiałam założyć gruby sweter, który niedawno sobie wydziergałam z nudów, a na to cienką kurtkę...w samochodzie włączyliśmy ogrzewanie. Wczorajszy wieczór i noc były najzimniejsze, bo temperatura spadła do +8C, a muszę Wam powiedzieć, ze tu żaden dom czy mieszkanie nie posiada ogrzewania. Trudno w  to uwierzyć, ale tu nie ma grzejników! Pierwszy raz z brakiem grzejników spotkałam się w Grecji na Krecie, w Atenach grzejniki widziałam, chociaż, nie tak pokaźnych rozmiarów jak w Polsce. W Turcji nie ma również grzejników. Co najgorsze nie ma tez dobrej izolacji i jeśli mieszkasz w starym domu/mieszkaniu to zimno włazi wszelkimi możliwymi otworami w oknach i drzwiach. Oczywiście w nowym budownictwie okna są dobrej jakości, czasem nawet za bardzo (okna PCV) i podczas zimy można spać obok pięknej pleśni, albo grzyba na ścianie! Nasza pleśń pojawia się zawsze w zimie w naszej sypialni, która jest wraz z łazienką (w niej też jest pleśń) od strony północnej (słońce jest tylko po południu). Nikt tu niestety nie buduje mieszkam ani domów z kominami czy systemem wentylacyjnym! Wiem, ze trudno w to uwierzyć, ale typowy dom nie ma komina - jedyne kominy jakie tu zaobserwowałam to te, które nalezą do kominka. Od niedawna (chyba to sprawka anglików) większość domów ma już kominek, ewentualnie, na wsiach dominuje własnej konstrukcji piecyk typu "koza" z rurą, która jest wystawiana na zewnatrz domu przez własnej roboty otwór.  Wtedy cala rodzina siedzi tylko w tym jednym pokoju przy tej "kozie", bo reszta pokoi jest masakrycznie zimna (szczególnie w domach, które są wykonane z cegły mułowej - tak,są i takie domki). Zima tu nie należy do fajnych okresów. Cieplej jest na zewnatrz niż w domu. Pamiętam, ze zeszłej zimy miałam +13C w domu! Prawdziwy hardcore obierać się tak z rana w zimne i "mokre" ciuchy...Ratunkiem są elektryczne farelki, piecyki itp, ale ponieważ elektryczność, jak to na każdej wyspie jest droga, a teraz cena została zwiększona o 20% (!!!) jedynym ratunkiem, żeby nie zbankrutować jest ogrzewanie się piecykiem gazowym na butle. To tez trzeba umiejętnie oszczędzać, ponieważ grzanie się w ciągu dnia i wieczorem spowoduje, ze butla skończy się w przeciągu 2 tygodni, a ona tanio nie kosztuje (ok. 40-60 zł w przeliczeniu). Oczywiście inna opcja ogrzewania jest ogrzewanie się ciepłem z klimatyzacji - jest to jednak najdroższa forma ogrzewania. Ja już teraz siedzę sobie w ciepłych skarpetach, dresach i na to ciepły sweter. W ciągu dnia zimno daje się przeżyć, natomiast nocą i rankami - masakra! Jeszcze większość mieszkań nie ma podłóg drewnianych, tylko albo marmur albo terakotę czy płytki ceramiczne i wierzcie mi - od tego marzną stopy nawet w mega ciepłych kapciach! Siedzenie w mieszkaniu bez ogrzewania to prawdziwe wyzwanie, nawet dla mnie osoby , która pochodzi z północy europy, która właściwie powinna dobrze sobie radzić (wg turków) w zimie.
Ostatnio coraz częściej pada deszcz, czasem krotki i ulewny, czasem mały, ale długi. Na razie jednak jest więcej słońca, ale wieczorem robi się bardzo szybko ciemno i zimno. W takie zimne wieczory ratuje mnie gorąca czekolada, albo tutejsza herbatka na zimę - Adaçay - zaparzane liście dzikiej górskiej szałwii. Ma ona charakterystyczny smak - nie każdemu pasuje, ale jest to naprawdę hit zimy i rozgrzewa w kilka minut. a jak dodamy do herbatki z szałwii kilka kwiatów i liście suszonej lipy mamy naturalne cypryjskie lekarstwo na przeziębienie - działa, bo sprawdzałam na sobie! Tę dziką szałwię zbiera się tu w górach, rośnie ona na dosyć wysokich krzaczkach i ma bardzo charakterystyczny zapach, ale nie potrawie dokładnie sprecyzować, bo nie ma w Polsce podobnego zioła, które by miało podobny zapach. Nasza szałwia zupełnie inaczej pachnie.
Adaçay można podawać na rożne sposoby, albo wrzuca się kilka listków do kubka i zalewa wrzątkiem i czeka się około 2 minut na zaparzenie, potem usuwa się listki, albo wrzuca się je do garnuszka zalewa zimna woda i doprowadza do zagotowania. Listki trzeba przed podaniem zawsze usuwać. Wytrącają się z nich podobno jakieś szkodliwe związki i herbata traci na swoim smaku i działaniu (wg turków). Może coś w tym jest, ponieważ raz zostawiłam przez przypadek listki w kubku i herbata bardzo była mocna i musiałam rozcieńczać wrzątkiem...smak był tez gorzkawy.
W zeszłym roku wybrałam się w góry z mężem i jego kolega z pracy na zbieranie Adaçay - zebrałam 2 litrowe słoiki. Jeden dałam siostrom mojego męża, a jeden zachowałam dla siebie. Część tez przywiozłam do Polski, ponieważ moja mama nauczona przez Nas zawsze pije w zimie te herbatę, moje obie babcie zresztą tez. Pierwszy raz z ta herbata zetknęłam się w Grecji, jednak tam ma ona nieco inny, bardziej łagodny smak i nazywana jest herbatą "zimową".

Suszone listki Adaçay


Deszczowa chmura nad naszym osiedlem

25 października 2011

Wiza rezydenta - nowe zasady odnosnie badań.

Jak zwykle nowe zasady zamiast ułatwiać sprawy, szczerze utrudniają. Do tej pory aby dostać wizę rezydenta trzeba było spełniać pewne warunki takie jak: być w związku małżeńskim z ob. KKTC, być studentem, posiadać zasoby finansowe na koncie, posiadać/być właścicielem nieruchomości lub ziemi na terenie KKTC.
Oprócz tego trzeba było złożyć wypełniony wniosek, zdjęcia, mieć ważny paszport, kupić znaczek pocztowy za 7 TL, okazać wyciąg z banku lub akt ślubu lub pismo z uczelni, lub akt własności,wnieść opłatę wizową w wysokości 130TL, do tego przejść wspominane wcześniej przeze mnie badania na choroby tzw cywilizacyjne (HIV/AIDS, Syfilis, WZW C, Gruźlica etc.). W razie wątpliwości donośnie gruźlicy odsyłano czasem na Rtg płuc, za który trzeba osobno płacić. Pobiera się krew na w/w choroby tylko raz, do tego jeszcze dochodzi próba tuberkulinowa - odnośnie gruźlicy. Takie badanie do tej pory można było wykonywać w dowolnym punkcie medycznym/szpitalu etc. Koszt od 60-80TL. Zaklejoną z pieczątką i podpisem, kopertę z wynikami badań oraz opinią lekarza należało wraz z w/w dokumentami i opłatami złożyć w Urzędzie Imigracyjnym w Nikozji.
Teraz zmienili zasady odnośnie badań. Badanie krwi teraz ma kosztować bagatela 135 TL!!! Juz nie będzie można robić badań krwi gdzie się chce - a tym sposobem taniej. Dodatkowo za RTG trzeba będzie zapłacić znacznie więcej. Teraz zostanie przydzielony jeden ze szpitali państwowych, gdzie albo trzeba będzie wykonać badanie, albo zostanie się odesłany do wybranej kliniki z alfabetycznej listy. Na jakiej zasadzie będzie przydzielanie osób z listy do odpowiedniego szpitala państwowego tego niestety nie podano - myślę, że wszystkich będą kierować do najstarszego, pamiętającego konflikt cypryjski szpitala, który jest obskurny i mało higieniczny, mowa od DR. Burhan State Hospital. A tam będą znowu gigantyczne kolejki chaos totalny i jak zawsze nikt nic nie będzie wiedzieć. Ewentualnie i na to liczę. wnioskujący zostanie odesłany do szpitala zgodnego z miejscem zamieszkania. Takie badania jeśli jest się w wieku poniżej 65 lat trzeba robić co roku...co roku płacić 135 TL za badania +7TL za znaczek+130 TL za wizę - nie dodaje już kasy za kserokopie dokumentów i paliwo na dojazd...to samo tyczy sie pozwoleń na legalną pracę!
Totalne nieporozumienie i masakra - a to chyba tylko po to, żeby jak najwięcej zarobić  na kliencie, jak najbardziej zniechęcić i utrudnić wyrabianie wiz. Będzie ostra selekcja coś czuję i wiele osób zrezygnuje i będą pielgrzymki na grecką stronę i z powrotem co 90 dni :)
Moja wiza rezydenta kończy się w marcu 2012 - liczę , ze do tego czasu dostanę już obywatelstwo i nie będę musiała przeżywać i wydawać tyle pieniędzy oraz trwać w tym chaosie...

24 października 2011

Artykuł nie tylko o moim blogu...

Na portalu wiadomości24.pl ukazał się dzisiaj dość obszerny , 8mio stronicowy artykuł dziennikarki Moniki Półbratek. Artykuł dostępny tutaj:
http://www.wiadomosci24.pl/artyku/od_blogera_do_reportera_od_grafomana_do_fotografa_co_daje_215756-1--1-d.html
Monika Półbratek jest autorką kilku blogów oraz polonistką i dziennikarką, więc temat jak najbardziej zgodny z jej zainteresowaniami. Nie pisałam Wam wcześniej, ale dostałam wcześniej propozycję  opowiedzenia o moim blogu. O tym skąd pomysł, czego oczekuję od bloga itd. Zachęcam Was do przeczytania. Jest to artykuł traktujący także o innych blogach min. literackich, kosmetycznych, podróżniczych. Zachęcam do wystawiania oceny i komentowania (nie wymaga to rejestracji). Namawiam również do przeczytania innych artykułów autorki - świetnie pisze. To prawda, artykuł jest długi, ALE ja przeczytałam go przy popołudniowej kawie i nie zajęło mi to dużo czasu - ot tyle ile wypicie kawy. Zachęcam również od odwiedzenia bloga podróżniczego autorki artykułu, który znajdziecie pod linkiem: Turystyczny Przewodnik

Śniadanie mistrzów

Witam Was wszystkich najserdeczniej. Dziękuję za idee, rady i sugestie odnośnie bloga i tego o czym chcielibyście tu poczytać. Zatem będzie więcej kulinariów, będą też nowe wpisy o kosmetykach. Niestety kosmetyki są tutaj bardzo drogie, dlatego nie będę Wam w stanie wysyłać próbek, ani w ogóle kosmetyków jako takich. Będę starała się pisać o tych, które można znaleźć będąc w Turcji, albo takich, które możecie sobie zakupić w Polsce. Będę też pisać o moich spostrzeżeniach odnośnie życia na wyspie.
Dzisiaj zaserwowałam sobie nie-tureckie śniadanko - puszysty omlet, nazywany czasem "grzybkiem" lub "biszkoptowym omletem". wiadomo, że prawdziwy omlet powinien być bez dodatku mąki, z samych jajek i dowolnych składników dołączanych po usmażeniu. Ja lubię jednak mniej tłusta wersję - biszkoptową, pulchniutki, słodki, bo z dodatkiem cukru waniliowego. Na wierzch podałam dżem z czarnej porzeczki - pychotka! Obowiązkowo kawa z mlekiem w kubku z Ataturkiem - żeby nie było, że brak nawiązania do bloga.
Kolejny wpis, może dzisiaj będzie na temat nowych warunków otrzymania wizy dla rezydentów - znowu utrudnienia. Nie wiem czy czytają mnie Polacy, którzy mieszkają lub zamierzają zamieszkać na tej części wyspy, ale opisze owe zmiany, na tzw wszelki wypadek. Ma nadzieję, że owe zmiany ominą mnie, bo szczerze komplikują życie wszystkim rezydentom. O tym w kolejnym wpisie jednak.

Na koniec zdjęcie mojego śniadanka ;)


A tutaj przepis na smakowitego omleta z bloga kulinarnego - który wam gorąco polecam!
Omlet na słodko - przepis

16 października 2011

Pytanie do czytelników

Mam do Was pytanie, a właściwie dwa, mianowicie, napiszcie o czym chcielibyście koniecznie przeczytać na moim blogu, odnośnie Cypru Północnego? Czy jest jakiś temat, który Was konkretnie interesuje?
A drugie pytanie, raczej do kobiet mnie czytających, ale oczywiście faceci też mogą odpowiedzieć :P Czy chcielibyście/chciałybyście poczytać na blogu trochę o tureckich kosmetykach, czy wolałybyście osobny blog na ten temat? Dajcie znać pisząc odpowiedzi i Wasze spostrzeżenia w komentarzach pod tym postem. Ten blog jest nie tylko dla mnie, ale tez dla Was i Wasze opinie są dla mnie ważne, wezmę wszystkie pod uwagę :) Jeśli macie jakieś pomysły odnośnie bloga też możecie napisać. Pozdrawiam Was wszystkich serdecznie!

15 października 2011

Sposoby na jesienną nudę

Zaczyna robić się coraz szybciej ciemno, wieczorami z gór sunie mgła i zimne wiatry. Od czasu do czasu przejdzie front z deszczem i popada. Widoczne zmniejszenie ilości turystów o połowę świadczy o tym, że zbliżamy sie do końca sezonu turystycznego i mamy jesień. Większość plaż już od ponad 2 tygodni nie oferuje wynajmowania leżaków po 3 - 4 TL za leżak. W miastach pustki. Jedynie większą liczbę turystów spotkamy jeszcze w porcie w Kyrenii i w starej części Nikozji. W sklepach znikają letnie ubrania, wszędzie wyprzedaże od połowy miesiąca tzw. indirim, czyli popularne SALE. Bez długich spodnie i bluzki z długim rękawem lepiej wieczorem nie wychodzić z domu, może solidnie przewiać i przeziębienie gotowe. Właściwie to zaczyna się odwieczny mój problem z wyborem ubrań na ten dziwny czas. W ciągu dnia jeszcze +30C i bluzeczka na ramiączka, szorty i japonki, a wieczorem cienkie dresy i bluza z polaru. Raz jest bardzo gorąco, raz zimno. Wiem, nie powinnam narzekać, przecież powinnam być odporna na zimno, bo jestem z Polski, a jednak. Organizm bardzo szybko przystosowuje się do ciepła i nowego klimatu. Mój mąż się śmieje, że jestem jak stąd, bo zaczyna mi być zimno kiedy temperatura spada poniżej +25C :P
Sezon powoli się kończy, zamiast niego będzie panować wszechobecna jesienna nuda. Poza sezonem wyspa się wyludnia i nie ma na prawdę co tu robić. Istne pustkowie kulturalne i społeczne. A im zimniej wieczorami tym gorzej jest zmusić się na długi spacer czy wyjście poza ciepełko mieszkania. Większość turczynek cypryjskich ma jednak na jesienną słotę lekarstwo - robienie na szydełku i drutach, do tego jeszcze dochodzi szycie i wyszywanie czego się da. Oprócz codziennych obowiązków domowych, zawsze znajdują czas na robótki ręczne. Trzeba przyznać, że robią iście przepiękne rzeczy. Zaczynając od chust szydełkowych, kończąc na skarpetach i wyszywanych obrusach. Czasami żeby było można połączyć praktyczne z pożytecznym, umawiają się w jednym miejscu np u którejś z kobiet w domu i godzinami siedząc, tworzą swoje rękodzieła, a jednocześnie nie odmawiają sobie ulubionego zajęcia jakim jest plotkowanie. Mężczyźni zaś udają się na polowanie, lub kiedy nie ma sezonu umawiają się na wspólne granie w karty przy szklaneczce anyżkowej wódki Rakı. Dodatkowo część z nich również przesiaduje w zakładach bukmacherskich i gra, albo ogląda tam mecze piłki nożnej popijają przy tym mocne trunki czy standardowo już herbatę w tulipanowej szklaneczce.
Osobiście również zaczęłam skromne przygotowania do jesiennej nudy. wyjęłam swoje przybory malarskie oraz dziewiarskie z szafy. Tworzę właśnie melanżowy sweter na zimowe wieczory. Zawsze wywołuję zdziwienie u kobiet, kiedy okazuje się przy rozmowie, że tez umiem robić na drutach. Pamiętam raz odwiedzając swoją znajomą w jej mieszkaniu, wpadła do niej całkiem "przypadkowo" sąsiadka z ciasteczkami - niezapowiedzianie, ale to normalne. Oczywiście nie wypadało kobiety nie zaprosić do domu, skoro już się zjawiła. Przyszła poczęstować swoim wypiekiem, a przy okazji lepiej mi się przyjrzeć i wypytać mnie skąd jestem, co tu robię, czy podoba mi się na Cyprze (to standard pytanie), czy mam dzieci (to 2 pytanie standard). W luźnej rozmowie wyszło, że umiem robić na drutach wiec wywołałam szok, ze jak to? "to w Europie tez się na drutach robi?" Ano droga Pani robi się, i to od dawna. Tez tym zabijamy jesienno-zimową nudę.
Dokładnie za maksymalnie 2 tygodnie na półkach w supermarketach pojawią sie zamiast ręczników na plażę, motki włóczki i druty. Oczywiście ceny 2-3 razy dorższe niż w Turcji, ale sa takie miejsca np w Nikozji czy Famaguście, gdzie można spokojnie wyszukać tanie włóczki i kordonki. Jest tego tu bardzo, ale to bardzo zuży wybór. Dzierganie wszelakie jest tu bardzo popularne. Nawet na bazarach można znaleźć stragany z tanią włóczką.
Oprócz rękodzieła kobiety często robią zapasy na zimę w postaci dżemów i kandyzowanych owoców np arbuza, czereśni, pigwy lub warzyw np. bakłażanów, dyni.
Jest zatem co robić w domu na jesieni, gorzej poza domem. Kina grają 1-2 filmy maksymalnie zamiast 3-4. Jedynie sytuacje ratują piątkowe wieczory w klubach, ale i tam zamiast tańczyć większość osób siedzi i popija alkohol przy barze lub na sofach rozmawiając.
Następuje pewien rodzaj marazmu, zniechęcenia, rzec by można było, że to jak ten literacki spleen..., który również mi się czasami udziela.

6 października 2011

Z cyklu: szefowa kuchni poleca..."Kabak Tatlısı"

Po niezbyt udanym dniu w związku z nie możnością oddania głosu w nadchodzących wyborach, postanowiłam poprawić sobie humor i przygotować coś słodkiego i na czasie. Kupiłam dzisiaj na bazarze dynię - miałam robić zupełnie inny przepis i to jutro, ale postanowiłam na noc posiedzieć trochę w moim małym aneksie kuchennym...
Właśnie jestem w trakcie tworzenia "Słodkości z dyni" (tr. Kabak tatlısı), jest to pionierskie wykonanie, pierwszy raz, więc nie wiem czy dorównam chociaż w 50% oryginałowi, który spróbowałam w tym roku w Turcji. Niebo w gębie! Jest to zwyczajnie dynia w syropie, który powstaje podczas procesu duszenia dyni w cukrze. Można długo przechowywać w lodówce, najlepiej jednak przełożyć zimną dynię, zalać ją syropem i tak przechowywać w szczelnie zamkniętych słoikach w spiżarni lub w lodówce. Mam nadzieję, że ten prosty przepis przypadnie Wam do gustu i wypróbujecie sami w domu. Podzielcie się potem wrażeniami smakowymi :)

Kabak tatlısı

Składniki:

1 średnia  lub 1/2 małej dyni o około 25 cm średnicy, obranej, pokrojonej w sześciany
2 łyżki stołowe miodu (opcjonalnie)
2 szklanki cukry kryształu
1 szklanka wody
5-6 goździków (nie zmielonych)

Przygotowanie:

Dynię obrać ze skóry i pokroić w sześciany. Przełożyć do odpowiedniej wielkości garnka. Posypać cukrem, dodać 2 łyżki miodu (opcjonalnie), goździki, zalać szklanką wody. Przykryć wszystko przykrywą i pod przykryciem dusić na początku na średnim (do momentu zagotowania się dyni), a następnie na małym ogniu przez 45 minut. Po tym czasie zdjąć pokrywę i gotować jeszcze przez co najmniej 15 min.
Podawać schłodzone, polane powstałym podczas duszenia słodkim syropem. Opcjonalnie można posypać zmielonymi orzechami (włoskimi, pistacjowymi, laskowymi) lub wiórkami kokosowymi. Moim zdaniem najsmaczniejsze jest jednak bez posypywania. Smacznego!!! :)

....................................................................................................

EDIT:
Dynia wyszła superowo! Nie za słodka i nie za mdła :) Można dodać o pół szklanki więcej cukru, zamiast 2, dodać 2,5 szklanki i będzie bardziej słodsza. Mąż stwierdził, że bardzo mu smakuje, a wręcz po zjedzeniu kolejnego kawałka powiedział, że jest wyśmienite! A skoro mąż chwali moje tureckie kulinaria w takim stopniu to znaczy, że prawdopodobnie dorównałam w 90% smakowi jaki on zna z Turcji, a to już jest dla mnie najlepszy komplement jako dla szefowej kuchni :)

Głosowanie i wybory

Szlag mnie jasny dzisiaj trafił. Jestem z mężem na bazarze w Famaguście i mamy telefon od.. Yurtici Kargo z Nikozji (jest to firma kurierska, która działa tu i w Turcji), ze jest dla mnie przesyłka. Jedziemy tam, odbieram osobiście (dobrze ze miałam polski dowód osobisty, bo był potrzebny do odbioru) - jest koperta i karty do glosowania. Glosuje na kolanie w samochodzie na szybko, robię wszystko jak potrzeba. Musze wysłać tę kopertę dzisiaj, żeby doszło do soboty do Konsulatu w Stambule. Idę dalej wysłać przesyłkę i...okazuje się, ze list mój dojdzie, ale dopiero w poniedziałek...
Na pytanie kiedy dostali przesyłkę powiedzieli, ze już u nich 6 dni leży i czeka na mnie, ale NADAWCA PODAŁ ZŁY NR TELEFONU I NIE MOGLI SIĘ DODZWONIĆ!!!!!! Patrze co to za numer telefonu (podawałam przy rejestracji nr komórki), a tam dziwny numer z kosmosu, którego w życiu nie podawałam, nie znam i okazuje się, ze w ogolę nie ma takiego numeru!!!! Firma dzwoniła pod ten numer i za każdym razem głucho!!!
Nie wiem dlaczego Konsulat w Stambule podał taki numer, skąd go wziął w ogóle, skoro przy rejestracji wyraźnie wpisałam swój nr telefonu oraz e mail?????
Yurtici Kargo zadzwoniło na komórkę męża, bo któryś z pracowników wpadł wczoraj na pomysł, żeby wpisać w system moje nazwisko i wyskoczył mój mąż, gdyż kiedyś wysyłaliśmy od nich z biura parę przesyłek....na tej podstawie znaleźli nr do mojego męża i zadzwonili dzisiaj.
Normalnie brak mi slow....
Koperty nie wysłałam, bo firma nie doręcza przesyłek w soboty - jest weekend, dopiero w poniedziałek doszłoby to wszystko do Konsulatu, a jak wiadomo nie decyduje data wysyłki przesyłki, czy stempla pocztowego (jawna głupota według mnie).

Nawalił na całej linii Konsulat w Stambule podając numer telefonu do kontaktu ze mną, który nie istnieje - kto go wpisał nie wiem, ale chyba ktoś był idiotą....!!!
  Nawaliło po części Yurtici Kargo, bo przecież mogli ten list doręczyć mi do domu, ale po co , za daleko mieszkam - raptem 70km to już za daleko, nie chciało się doręczyć...!!!

No i tyle z mojego glosowania....

A co do tego dlaczego zdecydowałam wziąć udział w głosowaniu: mam rodzinę w Polsce, być może kiedyś wrócę do Polski i dlatego zależy mi, żeby wrócić do w miarę normalnego kraju, rządzonego przez osoby, które wybrałam kiedyś...nie oszukujmy się jednak, w tych wyborach w sumie nie ma na kogo glosować, ale na kogoś wypadałoby, żeby Ci którzy w Polsce zostali mieli chociaż ciut ciut lepiej niż do tej pory.

26 września 2011

Jesień? jeszcze nie tu...

Niby już mamy jesień, a tu nadal lato w pełni. czytając rożne blogi na temat Turcji (pozdrawiam dziewczyny tam piszące) spotkałam się z ich słuszną ekscytacją na temat gwałtownych ulew i burz...Niestety nie mogę pochwalić się Wam podobnym wpisem. U mnie niestety mało padało. Raptem dwa razy zobaczyłam błysk i usłyszałam grzmoty. Najbardziej padało w miasteczku obok mojego osiedla, ale tylko przez ok 10 min...ehh. Niestety bez rewelacji...Chmurzy się i chmurzy, ale coś ten deszcz spaść nie może, nawet dzisiaj.
Temperatura zupełnie nie jesienna, bo wciąż w cieniu mam +30C, a w nocy nadal ciepławo +18C.
Jesień cypryjska dla mnie zaczyna się w listopadzie, chociaż i w tym miesiącu zdarzyło mi się wyskoczyć na plażę poopalać się :) Listopadowe wieczory są dużo chłodniejsze, wieje zimny wiatr od gór, a morze zaczyna przypominać bardziej sztormowy wygląd. Deszcze też są sporadyczne. 
Jeszcze tu się sezon turystyczny nie skończył, będzie nadal do października, a niektórzy turyści przylecą dopiero w listopadzie. Kiedy świeci słońce moi angielscy sąsiedzi spiesza na nasz osiedlowy basen podłapać więcej opalenizny, mimo, że wyglądają po dwóch miesiącach opalania się jak spieczona szynka :)
Ostatnim czasem podłapaliśmy z mężem niezłego wirusa zapalenia oskrzeli i oboje jedne po drugim chorowaliśmy. Na szczęście z pomocą antybiotyków dało się to ustrojstwo zwalczyć. Mam nadzieję, że to jedyna choroba w tym roku i w tym sezonie.

24 września 2011

Życie na wsi

Wspominałam jakiś czas temu, że zdarzyło się Nam mieszkać przez kilka miesięcy na wsi. Mieszkaliśmy w wynajętym od starszego małżeństwa domku z wspólnym ogrodem. Dom miał dwa osobne wejścia. Z tyłu był ogródek z drzewkami cytryny i mandarynki oraz prowizoryczny kurnik. Mieszkało się tam całkiem spokojnie gdyby nie..no właśnie. Najlepszy i jedynym słusznym zajęciem ludzi na wsi jest plotkowanie o sąsiadach, a jak ten temat się skończy to plotkuje się dosłownie o wszystkim. Nie ma dnia ani godziny, aby ktoś nie był na językach miejscowych. Ktoś kto nie plotkuje, albo musi być ciężko chory, albo nie żyje. Obmawianie jest czasami bardzo uciążliwe. Stwarza problemy i konflikty, doprowadzając często do złamania prawa. Najczęściej jednak kończy się to bójkami i rozwodami. Plotkują wszyscy, kobiety i mężczyźni. W naszej wsi, gdzie mieszkaliśmy takim centrum plotkarstwa była tamtejsza tawerna. Od rana do wieczora wypełniona po brzegi mężczyznami w różnym wieku, obgadujących kogo i co się da, a przy okazji grywając sobie w tavlę i popijając kawę po turecku lub herbatę. Kolejnym, nie mniej ważnym miejscem jest Berber salonu, czyli fryzjer męski połączony z golibrodą. Można być pewnym, że pracownicy takiego saloniku wiedzą wszystko o wszystkich i o wszystkim, z dokładnością do godziny wstawania obmówionej wcześniej osoby, Zakład fryzjerski to otwarta skarbnica wiedzy. Kobiety plotkują głównie u swojego fryzjera lub w lokalnym sklepiku, czasem stoją godzinami przed wejściem do sklepu  i głośno rozprawiają np. o nowej chustce Pani X, po która wspomniana musiała pojechać aż do Famagusty, o weselu Z i Y, no i o tym, ile na tym weselu zebrali pieniędzy. I tak w kółko. Potrafią tez na cały dzień wprosić się bez zapowiedzi do domu i do wieczora przesiadywać i gadać. Osobiście wtedy mnie to bardzo bawiło, śmiałam się z tego, bo po 1 i tak nie rozumiałam, że rozmawiają o mnie i dokładnie co mówią o mnie, po 2 nauczona życiem w otoczeniu dość wścibskiej rodziny w Polsce, mało mnie to obchodziło co ludzie mówią i co ludzie powiedzą na mój temat. Mojego wówczas narzeczonego, denerwowało to strasznie i ilekroć miał dzień wolny od pracy zabierał mnie ze wsi na wycieczki, także od rana do wieczora byliśmy poza domem.
Kiedy sprowadziłam się tam po raz pierwszy, już na 2 dzień już cała wieś wiedziała, ze ktoś nowy zamieszkał w domu należącym do C.
Od prawie 2 lat mieszkamy teraz na angielskim osiedlu. Jest spokój, nie ma plotkujących, ani wieczornych bójek pod sklepem. Do najbliższej wsi jest ok. 5 km. Zatem żadne wścibskie oko nie ma jak Nas tu dojrzeć. Spokojnie można wyjść sobie na spacer czy na balkon, bez obawy, że w tym momencie będzie patrzeć i oglądać Nas półwsi. Nikt też nie wprosi się do Nas pod pretekstem wypicia herbatki, a przy tej okazji do "rzucenia okiem" jak mieszkamy, co mamy w domu, za ile kupione i jakich firm.
Zdarzało się, że starsza babcia z wynajmowanego przez Nas domku, przynosiła Nam talerz zupy, albo owoców, żeby zobaczyć co robimy w danej chwili. Raz przyniosła mi 2 kurze jajka, jeszcze ciepłe z kurnika, tylko po to żeby zobaczyć jak jestem ubrana i co robię. Czasem przychodziła na naszą część ogrodu, niby to pozbierać cytrynki z drzewa, a tymczasem zapuszczała przez uchylone drzwi głębokiego "żurawia", aby sprawdzić czy czasem nie kupiliśmy sobie czegoś nowego, czego nie widziała tydzień wcześniej.
Mimo tego, że wiejska wścibskość mnie śmieszyła i śmieszy, nie zdecydowałabym się na ponowne zamieszkanie na tutejszej wsi. Większość tych osób nie jest wykształcona, nie ma z Nimi o czym porozmawiać, podobno zdarza się, ze są jeszcze osoby, które nie umieją pisać, ani czytać, chociaż osobiście w to wątpię. Na wsiach zazwyczaj nie ma telefonu, ciężko tez z odbiorem internetu i telewizji, daleko od najbliższego miasta, zamknięte we własnym gronie społeczeństwo, notoryczne problemy z odcinaniem na 6 godzin prądu, problemy z brakiem w wody lub jej słabym ciśnieniem w letnim sezonie, notoryczne wpraszanie się bez zapowiedzi, skutecznie zniechęcają do osiedlania się w takim miejscu.

18 września 2011

W jednym worku

Bardzo często spotykam się z pytaniami o tutejszą religię. Wiadomo, że islam, ale dokładnie "jak to jest mieszkać w kraju muzułmańskim", pytają mnie. Wiele osób słysząc, że mieszkam w kraju, gdzie główną religią jest islam wyobrażają sobie zaryte od stóp do głów kobiety z zasłoniętymi twarzami, które podążają pół kroku za mężem oraz terrorystów z kałasznikowami na ulicach. Wtedy pojawia się jedno z typowych pytań: "a czy Twój mąż nie ma nic przeciwko, że jesteś katoliczką? Takie pytania trochę mnie denerwują, chyba logicznym jest, że jakby mój mąż miał cokolwiek przeciw mojej osobie czy wierze to raczej do ślubu by nie doszło?
Jednak jest bardzo powszechnym pchanie wszystkich krajów z islamem do jednego wora, bo skoro islam jest w takim Egipcie i w Turcji, to jest, a nawet musi być wszystko tak samo. Nie tak dawno zapytano mnie czy piątki są tu wolne od pracy, bo skoro jest to kraj muzułmański to pewnie jest tak samo jak w innych krajach. Zaskoczyłam pytającego, ponieważ tutaj wolnego piątku nie ma. Normalnie wszyscy pracują. Wolne dni od pracy to sobota i niedziela, chociaż i tak często wszystko jest tu pootwierane do późna. Właściwie to pytanie zainspirowało mnie do napisania tej notki. Trzeba powiedzieć, że islam jako religia jest w różnych krajach wyznawana na różnych zasadach. Inaczej islam jest praktykowany w Libii, a zupełnie inaczej w Arabii Saudyjskiej. Turcja i północna część Cypru również inaczej "wyznaje" islam. To samo tyczy się krajów, gdzie główną religią jest np. katolicyzm, który ma swoje różne odmiany. Inaczej jest wyznawany w Hiszpanii, a inaczej w Polsce, zresztą nie tak dawno przeczytałam, że taki Meksyk jest procentowo bardziej katolicki niż Polska, podobnie jest z innymi krajami Ameryki Południowej. A jednak nie spotkałam się z wrzucaniem do jednego wora tych krajów. Tymczasem mieszkając tu zaobserwowałam  wśród znajomych i ogólnie tendencję do stawiania tej części wyspy na równi z innymi krajami muzułmańskimi. To samo tyczy się Syrii i Libanu, a będąc tam zazwyczaj doznaje się szoku, że oto idzie sobie po ulicach Damaszku młoda Syryjka z odkrytą głowa, w bluzce z krótkim rękawem i krótkiej spódnicy/spodniach, podobnie w Libanie. Myślę, że takie samo wrażenie mają osoby, które pierwszy raz przylatują do Turcji czy tutaj i następuje zdziwienie - kobiety nie są zasłonięte całkowicie, mężczyźni nie noszą turbanów, a po ulicach nie biega zgraja rozpędzonych wielbłądów. Pokoszę się zatem o stwierdzenie, że ta część wyspy jest krajem bardzo świeckim, nawet bardziej niż sama Turcja. Tu do meczetu chodzi się w zasadzie na pogrzeb, chociaż nie zawsze ceremonia odbywa się wewnątrz (pisałam o tym w poprzednim poście). Nie ma też ślubów religijnych, w Polsce mamy ślub kościelny, tu nie. Jeśli się zdarzy ślub w meczecie ( a raczej zdarza się to wyłącznie w Turcji), młoda para i tak musi brać 2 ślub w urzędzie, ponieważ ślub, zawarty w meczecie nie jest ważny, niektórzy mówią nawet, że jest to nielegalne. Podobno dobry muzułmanin powinien modlić się przynajmniej 5 razy dziennie i przed każdą modlitwą myć się dokładnie, aby być czystym podczas rozmowy z Bogiem. Nie spotkałam się tu jeszcze z modlitwami w ciągu dnia lub nocy. Niby jest tu religia, a w ogóle jej nie widać. W porównaniu z Turcją religijność, jest tu traktowana bardzo, bardzo lekko. Chcesz się modlić ?- dobrze, nie chcesz - też dobrze. A jakby to było w Tunezji lub Pakistanie? - wolę nie myśleć. Nie podoba mi się zatem pakowanie północnej części wyspy  wraz z innymi krajami muzułmańskimi w jedno pudło. Tu nawet islam nie jest nauczany w szkołach - nie ma przedmiotu "religia", a w Polsce jak jest? Tylko same sa z tego powodu problemy.
Nie sprowadzajmy wszystkiego do jednego punktu i najpierw spojrzyjmy na własne podwórko, a potem dopiero krytykujmy jeśli już musimy. Zanim przylecimy do kraju, który chcemy zwiedzić, dowiedzmy się czegoś również o jego religii. tym sposobem unikniemy nie potrzebnego zaskoczenia czy nie zrobimy z siebie przysłowiowych "idiotów", zadając dziwne pytania np. dlaczego nazwy ulic nie napisane "robaczkami"?.
Przygotujmy się, że będziemy mogli wejść tu do meczetów o każdej porze i nikt Nas z niego nie wyrzuci, że piątki nie sa wolne od pracy, a na głos Imama w południe, nikt na ulicy nie rozwinie dywanika i nie zacznie bić pokłonów ku wschodowi. Cypr północny nie jest tak religijnie straszny. Nie ma czego i kogo się obawiać. Jedynym zagrożeniem dla Nas ogólnie, jest brak wiedzy. Islam nie gryzie na Cyprze, jest bardzo oswojony i możemy go spokojnie głaskać, bez obaw, że zostaniem nam odgryziona ręka.
Myślę, że wrzucanie Cypru Północnego do pudła z innymi muzułmańskimi krajami Bliskiego Wschodu jest dużym błędem i prowadzi do powstawania coraz to większych stereotypów i przekłamań. To, że się było na wczasach w Tunezji jeszcze nie świadczy o tym, że o islamie wiemy wszystko, że wszędzie jest  i musi być tak samo. Nie oceniajmy wszystkiego przez ten sam pryzmat.

12 września 2011

Na tutejszym pogrzebie

Dzisiaj miałam okazję uczestniczyć pierwszy raz w życiu w tutejszym pogrzebie. Było to dla mnie bardzo ciekawe doświadczenie. Zmarła daleka krewna mojego męża i pojechaliśmy dzisiaj na pogrzeb, który odbył się w południe. Nie za bardzo wiedziałam w co się ubrać, myślałam, że ceremonia pogrzebowa , odbywać się będzie w meczecie, dlatego zdecydowałam się ubrać stosownie do okoliczności: ciemne kolory i nie za bardzo "otwarcie", ze względu na szacunek do miejsca i samej zmarłej. Oczywiście problem pojawił się kiedy musiałam wybrać co założyć na głowę, z odkrytą głową nie należy wchodzić do meczetu, na cmentarz również. Szukałam i szperałam w zimowych rzeczach i znalazłam same małe szale i apaszki, ale kolorowe. Nie mogę przecież wparadować do meczetu na pogrzeb w turkusowej apaszce na głowie, albo w czerwonym szalu, jedyne czarne nakrycie głowy to moja zimowa czapka...trochę by wyglądało to idiotycznie, a już na pewno głowa by się ugotowała. Przeszukując szafy natknęłam się na czarny tiulowy szal dołączony do jednej z moich sukienek tzw "wyjściowych". Niewiele myśląc zabrałam go, no bo co innego?  Przez całą drogę, w samochodzie uczyłam się zdania, które powinna powiedzieć witając najbliższą rodzinę zmarłej: başınız sağolsun czyli nasze "wyrazy współczucia" pomiędzy sprytnymi sposobami zawiązania tego szala na głowie. Upał tragiczny, my ubrani w ciemne ubrania, buty...na cmentarzu prawie zero drzew.  Kiedy przybyliśmy było sporo już ludzi. Kręcili się miedzy zmarłymi, siedzieli na ławkach, rozmawiali ze sobą i...palili papierosy, rozmawiali przez komórki i wysyłali smsy...Jeśli chodzi o ubiór to rewia mody domowej, zero elegancji - miałam wrażenie , ze co poniektórzy przyszli w tym w czym wczoraj chodzili pol dnia po domu. Niektóre kobiety były bez nakryć głów, niektóre miały chustki, szale w kolorach dosłownie tęczy. To samo z ubraniem od białego, poprzez wściekły róż, aż do czerni. Zauważyłam, ze mężczyźni byli lepiej, bardziej stosowniej ubrani od kobiet, mianowicie czysta koszula i ciemne spodnie, chociaż nie zawsze długie.
Część osób, byli to wyłącznie mężczyźni znajdowało się w meczecie, przed którym na 3 białych wysokich stołach leżeli zmarli. W tym samym czasie były chowane 2 inne osoby, więc zmarła leżała wraz z nimi. Każdy zmarły miał swój osobny stół, pod którym rodzina i znajomi kładli małe wieńce ze sztucznych kwiatów. Żywe kwiaty były kładzione na zmarłych. Leżeli oni w ciemnozielonych skrzyniach, przypominających trumny bez pokryw. Zamiast tego byli przykryci ciemnozielonym suknem ze złotymi motywami - przypominało to z daleka małe dywaniki, które były przypięte do brzegów skrzyń, połyskującymi na złoto pinezkami. Sami zmarli byli wcześniej umyci w wodzie różanej, następnie owinięci i związani w białe płótno, następnie umieszczeni w tych skrzynio-trumnach.
Ceremonia pogrzebowa rozpoczęła się od wyjścia Imama z meczetu. Następnie, z tego co zrozumiałam, pytał się członków rodzin czy osoby zmarłe były dobrymi ludźmi, po potwierdzeniu Imam zaczął recytować odpowiednie wersety koranu w j.tureckim. Modlono się na stojąco, twarzą w kierunku zmarłych i Imama (przodem do meczetu). Jedyne arabskie słowa jakie wychwyciło moja ucho to kilkukrotne wypowiedzenie przez Imama Allah Akbar. Wtedy mężczyźni dotykali swoimi dłońmi końcówek uszu, kobiety nie wykonywały tego gestu. Dopiero później kiedy Imam znowu zaczął modlić się po turecku, wszyscy mu odpowiadali (były to dosłownie 2-4 słowa) mając wyciągnięte obie ręce przed siebie na wysokości piersi, a dłonie były zwrócone wewnętrzna częścią w górę. Po skończeniu modlitwy wyciągnięte wcześniej dłonie przykładali sobie do twarzy, jakby obmywali ją sobie np. wodą. Te gesty i słowa Allah Akbar powtórzyły się jeszcze kilkukrotnie, ale cała modlitwa nie trwała dłużej niż 15 minut. Następnie podjechały karawany i skrzynie ze zmarłymi zostały załadowane i wywiezione na miejsce spoczynku. Część osób szło za karawanem, a część, wsiadła w samochody i jechały za idącymi. Bulo to dla mnie dziwne, bo wydawało mi się, ze to nie wypada jeździć samochodem miedzy grobami, ale mąż powiedział, ze to Cypr, tu ludzie są mniej religijni niż w Turcji i tu także mało się przejmują czy wypada coś czy nie, podobnie jeśli chodzi o wspomniany przeze mnie ubiór i zachowanie się, które uznałam za brak szacunku, chociażby dla zmarłych (wspomniane palenie papierosów i wysyłanie smsów). Podczas tego marszu, niektórzy zatrzymywali się po wodę, która potem wylewali na grób. Gdy doszliśmy na miejsce, niektórzy zgromadzeni kończyli wypalać papierosa zapalonego ciut wcześniej. Imam spokojnie czekał na odśpiewanie modlitwy. Najpierw wyciągnięto skrzynię z karawanu i ustawiono ją przy wykopanym wcześniej głębokim dole. Dol niczym nie oszalowany, ot zwykły pusty dol. Mężczyźni, odpowiednicy naszych grabarzy, odpięli pinezki i zdjęli ciemnozielone dywaniki. Pod nimi okazało się ciało zmarłej całkowicie oplecione i obwiązane w białe płótno. Ciało zostało umieszczone na gołej ziemi w dole, następnie położono na nie betonowe płyty (podobno kladzie się tez drewniane), a na nie położono przezroczysta folie - dlaczego? nie wiem i mój mąż tez nie wie, po raz pierwszy się z czymś takim spotkał. Następnie chwycono za łopaty i zaczęto zakopywać grób. W tym momencie Imam zaczął śpiewać pieśń - modlitwę. Jednak nie obyło się bez cmentarnych "akcji". Pewna kobieta (nie z rodziny zmarłej), chyba jej znajoma, zaczęła głośno wypowiadać swój sprzeciw i krytykę, na temat sposobu grzebania ciała i nieudolności grabarzy, zaczęła się kłócić z ludźmi, ze w Turcji to się inaczej zmarłych grzebie, a tutaj nikt nie ma o tym pojęcia, przekrzykiwała nawet śpiewającego wciąż Imama. Myślałam, ze ktoś zwróci jej uwagę, ale niestety nikt tego nie zrobił. Obrażona odeszła na bok. Poczułam się dziwnie zniesmaczona tym wystąpieniem, spytałam męża czy tak zawsze jest na pogrzebach, powiedział mi wtedy, ze kobieta jest ewidentnie głupia i nie potrafi się zachować, ze to pierwszy taki pogrzeb na którym jest, gdzie dochodzi do takich incydentów.
Po zasypaniu grobu i Imam znowu wyrecytował coś z Koranu i zapadła cisza na minute. Potem ludzie oblali grób zmarłej woda i co ciekawe wetknęli po kilka dymiących kadzidełek indyjskich w ziemie na środku usypanej ziemi.
Po pogrzebie rodzina zmarłej powinna zaprosić uczestników na poczęstunek, który trwa minimum godzinę. Myśmy jednak nie pojechali na to spotkanie. Ja padałam na twarz od gorąca i ciemnych obrań (ciemnogranatowej bluzki z krótkim rękawem, długich ciemnych spodni, czarnego tiulowego szala zmyślnie zawiązanego na mojej głowie oraz czarnych balerinek bez palców), mąż "ugotował" sobie stopy w czarnych skórzanych krytych butach i ciemnych spodniach - gdybym wiedziała, ze ubiór ma najmniejsze znaczenie na pogrzebie obralibyśmy zupełnie inne stroje. Mój mąż jednak sądził, że pogrzeb będzie wyglądał jak w Turcji, z całą jego powagą i szacunkiem, a tutaj doświadczyliśmy zupełnie czegoś innego. 
Co mnie osobiście zaskoczyło podczas tego konkretnego pogrzebu? Na pewno to, że ceremonia nie była w meczecie (spodziewałam się, że będzie wewnątrz), oraz brak dobrego zachowania się na cmentarzu przez uczestników. Ponadto te indyjskie kadzidełka - po co? Podobno tego się nie robi na pogrzebie, no i oczywiście ta rewia mody - spodziewałam się stonowanych strojów, zakrytych głów u kobiet, a tymczasem było jak było...odebrałam to jak lekceważenie całego ceremoniału. A już szczytem wszystkiego była ta czepiająca się, kłótliwa baba(ubrana we wściekle różową bluzkę, długą szarą spódnicę i kolorową chustkę).  Spotkałam zmarłą raz, jak pojechaliśmy zaprosić ją i jej rodzinę na nasz ślub, pamiętam że wydała mi się bardzo miła, sympatyczna, była mną żywo zainteresowana, co wtedy było dla mnie nowością (zazwyczaj każdy kto wie, że nie znam tureckiego dosłownie "zlewa" mnie), a ona zadawała mi pełno pytań, była życzliwa i nawet na koniec dosalam od niej prezent w postaci 2 ręczniczków do rąk (mam je nadal). Kobieta ta potrafiła wywróżyć z fusów z kawy przyszłość z czego była bardzo znana i lubiana (nawet i mi wróżyła raz). Czytałam podczas odwiedzin u Niej, wywiad przeprowadzony parę lat temu z Nią przez lokalną angielską gazetę odnośnie jej życia i właśnie tego wróżenia. Spodziewałam się więc tłumów na pogrzebie, czy chociaż dziennikarza, ale było tylko ze 20 osób, z których znałam tylko 3. Trochę mi się zrobiło jej żal. Znało ją pół Nikozji, pomagała ludziom poprzez to wróżenie, a na pogrzeb przyszło tak mało.
 Jeszcze nie byłam na pogrzebie w Turcji, nie mam porównania, czy bardzo ten dzisiejszy różni się od typowych pogrzebów tam. Może akurat miałam "niefart" i uczestniczyłam w mało "typowym" pogrzebie? Niemniej jednak był to pierwszy pogrzeb tutejszy, jakby nie patrzeć muzułmański, który stał się dla mnie ciekawostką i zmusił mnie do rozmyślań na temat religijności turków cypryjskich. Widocznie co kraj to obyczaj, jak głosi mądre przysłowie. Mam nadzieję jednak, że następny pogrzeb, w którym być może będę kiedyś  uczestniczyć będzie bardziej poważny i bez dziwnych "atrakcji".
Na koniec wklejam zdjęcia typowego tutejszego karawanu z widoczną zieloną skrzynio-trumną. Zrobiłam je w zeszłym roku w Nikozji.  Wybaczcie jakość zdjęcia, ale robione komórką przez szybę naszego auta.


9 września 2011

Jedzonko na szybko!

Zafascynowana smakowitym zdjęciem śniadania, jednego z moich tureckich znajomych z Turcji, postanowiłam poprosić go o przepis i wypróbować ten specjał. Kolega nie zna nazwy tej potrawy, nie sądzi, że jest to tureckie danie, bardziej jest to jego inwencja twórcza i muszę przyznać, że inwencja bardzo, ale to bardzo smaczna. Według mnie jest to rodzaj wegetariańskiego omletu, chociaż na wierzch myślę, że  spokojnie można dać kiełbasę itp.
Potrawa jest prosta w wykonaniu i nie wymaga wygórowanych składników, przez co jest również tania. Nadaje się na śniadanie, na obiad lub wczesną kolację. Moi znajomi po umieszczeniu zdjęcia mojej wersji tego dania szybko ustawili się w kolejce po przepis. Dlatego uznałam, że podzielę się przepisem z Wami. Napiszcie w komentarzach jak Wam smakowało :) Jedzonko rozpływa się w ustach, jest bardzo delikatne.

Składniki dla 1 osoby:
  •  mała garść frytek (moga być gotowe, ale lepiej zrobić samemu ze świeżego ziemniaka)
  • cebula, pomidor,papryka słodka (moga być dowolne warzywa)
  • 2-3 jajka 
  • sól, pieprz, tymianek (lub inne przyprawy np.oregano, estragon)
  • żółty ser (starty na grubej tarce)
  • masło/margaryna lub olej do patelni
Przygotowanie:

Jeśli robimy własne frytki z ziemniaka to trzeba je usmażyć i odsączyć nadmiar oleju. Nagrzewamy patelnię, ustawiamy ogień na średni  i nalewamy odrobinę oleju lub kładziemy kawałek masła (ja zrobiłam z masłem) i czekamy aż się rozpuści. Następnie wrzucamy garść usmażonych frytek. Jajka wraz z solą i pieprzem roztrzepujemy widelcem i w takiej postaci lejemy na frytki. Następnie przycinamy lekko ogień, aby za szybko jajka nie przywarły, po czym kładziemy pokrojone warzywa (cebulę w plasterki, pomidora w kostkę, paprykę w paski lub plasterki itd.). Posypujemy teraz przyprawami (ja użyłam tymianku). Przykrywamy patelnię przykrywą i ustawiamy ogień ponownie na średni. Czekamy około 5 - 10 min, sprawdzając czy jajka zcięły się na wierzchu i pod spodem. Tutaj trzeba delikatnie podważać widelcem lub drewnianą szpatułką, bo nasz "placek" może się rozwalić. Kiedy widzimy, że  jajka się ścięły na koniec dodajemy starty na grubej tarce żółty ser, przykrywamy przykrywą i zmniejszamy gaz. Tak trzymamy nasze jedzonko pod pokrywą do czasu, aż ser całkowicie się rozpuści, a placek będzie sam odchodził od patelni jak np. naleśnik. Podajemy ciepłe, życzę smacznego i czekam na Wasze opinie w komentarzach :)


3 września 2011

Opieka zdrowotna

Akurat jest to temat "na czasie", bo rozchorowałam się niestety. Rzadko choruję, a jeśli już to rozkłada mnie na obie łopatki i ciężko przechodzę. Niestety musiałam skorzystać z tutejszego szpitala. Akurat pechowo rozchorowałam się w bayram (koniec ramazanu). W bayram ciężko coś załatwić, bo to jest święto i niby wszystko jest pozamykane. Zatem poliklinika w szpitalu publicznym w Famaguście była zamknięta, a lekarz w wiosce obok miał wolne i nie było go w punkcie medycznym. Niestety musiałam zatem skorzystać z Izby Przyjęć, bo domowe leczenie się nie przynosiło efektów. Unikam tutejszych szpitali państwowych jak ognia. Jest ich kilka, najstarszy znajduje się w Nikozji i nazywa się Dr Burhan State Hospital - przestrzegam przed tą placówką. Tam czas zatrzymał się w dniu otwarcia szpitala, czyli gdzieś w latach 70tych. Stary zdezelowany sprzęt, brudno, ciemno, łóżka stare, okropny zapach starego szpitala. Z tej placówki musiałam skorzystać tylko raz i po tym powiedziałam sobie, że to pierwszy i ostatni raz (mam nadzieję). Musieliśmy z mężem poddać się tam badaniu na tzw. anemię śródziemnomorską (talasemia, co to jest możecie poczytać tu), wynik badania był Nam potrzebny do ślubu. Nie wiem dlaczego trzeba się na to badać, nie wiem dlaczego ja musiałam , skoro nie pochodzę z tego rejonu geograficznego, więc nie mam tej choroby zapisanej w genach, a nie jest to choroba wirusowa? No cóż badanie było okropne, polegało na co prawda tylko pobraniu krwi, ale było to dla mnie traumatyczne przeżycie. Nie dość, że gdyby okazało się, że któreś z Nas jest chore nie moglibyśmy wziąć ślubu, to jeszcze warunki w jakich pobierano Nam krew były koszmarne. Niestety tylko ten szpital robi to badanie, wiec nie mogliśmy "uciec" do innego szpitala np. prywatnego. Poszliśmy się wtedy zarejestrować w poradni, która znajduje się na terenie szpitala, ale nie w jego głównym budynku. Przy rejestracji dostaliśmy 2 probówki do reki i kazano Nam przejść się do głównego gmachu szpitala i tam poszukać punktu poboru krwi. W międzyczasie za to badanie musieliśmy zapłacić 10 TL (ok. 20zl), wiec pierwsze nasze kroki skierowaliśmy do kas. Pani w kasie zabrała Nam te probówki, nalepiła na nich zwykły plaster (coś na kształt plastrów jakie były u nas w latach 80-90tych z odkręcanej szpulki), na którym napisała nasze imiona i nazwiska. Po zapłaceniu oddala nam fiołeczki i powiedziała gdzie mamy iść. Pokręciliśmy się przez kilka oddziałów z chorymi i na końcu korytarza była długa kolejka do pielęgniarki, która siedziała i pobierała krew zupełnie jak w fabryce przy taśmociągu. Miala założone rękawiczki, których nie zdejmowała. Przede mną było ze 20 osób i ani razu tych rękawiczek nie zdjęła, nie zmieniła na nowe. Powiedziałam mężowi, (wtedy narzeczonemu), ze ma jej powiedzieć, żeby zmieniła przy mnie na nowe. Pamiętam ten moment, zrobiła takie zdziwione oczy, zaczęła się wykłócać, że jak to, jej rękawiczki są czyste itp. Byla strasznie zła i z wielkim wyrzutem, ale zmieniła te rękawiczki na nowe, mówiąc coś pod nosem. Usiadłam i podałam jej lewa rękę, na której zrobiła zacisk używając w tym celu innej gumowej rękawiczki - strasznie to bolało. No a potem, jak mi ogóle wbiła, to zobaczyłam słońce i gwiazdy z orbity naszego księżyca, ból przeogromny, nie bałam się nigdy pobierania krwi, ale to było najgorsze w moim życiu - myślę, ze zrobiła to specjalnie, przez te awanturę o te rękawiczki. Nie wiem gdzie trafiła ta igła,czy w nerw czy w ścięgno, grunt, ze po pobraniu krwi, miejsce to mi spuchło, zrobiło się sine, przez 4 dni nie mogłam rosząc ręką, ani zginać, ani prostować, do tego nie mogłam utrzymać pustego kubka, bo miałam jakby zdrętwiałe palce, nie chciały mi się zginać. Po pobraniu krwi dostaliśmy cieple fiolki do raki i znowu ta sama drogę musieliśmy pokonać do tej poradni. Balam się, ze się tam czymś zarazimy, trauma straszna. Na szczęście wyniki były negatywne, wiec dostaliśmy papier ze szpitala, ze nadajemy się zdrowotnie do zawarcia ślubu. dla mnie to było coś śmiesznego, ze wynik badania krwi na jakaś choroba ma przesadzić o przyszłości dwojga ludzi? Nie wiem kto to wymyślił. Nie wiem czy w Turcji jest coś takiego? Po greckiej stronie wyspy też trzeba się badać przed ślubem? (to pytanie do tych, którzy czytają mojego bloga z południowej strony Cypru).
Nieco lepszym szpitalem  jest Famagusta State Hospital, nowszy, lepszy sprzęt, ALE niestety podobnie, brudny, podejście do pacjenta tragiczne, bez uśmiechu na tzw. "odczep się" albo z wielkiego przymusu. Jeszcze  2 lata temu był tam wysoki standard, czysto, ładnie, ale teraz widzę, ze im jakby przestało zależeć i robić się z tej placówki to samo co z Czasem czuje się tam jak w szpitalu gdzieś w kraju 3ego świata, brudno, nikt nie chce lub nie potrafi mówić po angielsku, wiec dogadanie się z kimkolwiek graniczy z cudem, do tego pobieranie krwi czy robienie zastrzyków odbywa się bez zakładania sterylnych rękawiczek, trzeba pilnować i patrzeć im na ręce. W zeszłym roku miałam problemy z nerkami, byłam m.in na pobraniu krwi i znowu ten sam problem, zakładanie rękawiczek. Pielęgniarka powiedziała, że jak mi się nie podoba, to mam wyjść, ale ona nie będzie zakładać rękawiczek, że albo usiądę i pobierze mi krew, albo mam sobie iść. Wstałam , wyszłam, poczekałam 30 min, była zmiana personelu i już za 2 razem, siostra te rękawiczki założyła na moje życzenie, ale jak pobrała mi krew, to je zdjęła i innych obsługiwała już bez, nawet dzieci. Gigantyczne kolejki, niby sa numerki, ale i tak dochodzi do kłótni i przepychanek zarówno na rejestracji, jak i pod gabinetami lekarskimi oraz w laboratorium. Porządku pilnują tam panowie, nazywam ich "kolejkarzami", bo to oni wydaja pisane na kartonikach numerki do laboratorium i nawołują wg listy, który nr ma teraz wejść.
Na Izbie przyjęć w szpitalu w Famaguście, czekałam 50 min na swoja kolej, chociaż nie było dużo pacjentów przede mną. Lekarka nie mówiła po angielsku, ani nikt z personelu, wiec mój mąż robił za tłumacza (jak zwykle zresztą). Dlatego korzystam ze szpitala prywatnego w Famaguscie. Zupełnie inny standard, jakbyśmy z podrzędnego hostelu trafili do hotelu 5 gwiazdkowego. Spokojnie każdy mówi po angielsku, lekarze mili, gabinety czyste i każdy zakłada rękawiczki. Bez stresu, bez obrzydzenia. Niestety za wizyty trzeba dość słono płacić - ok. 70 TL (ok. 140zł) do tego jeśli lekarz zleci badania w laboratorium trzeba za nie oddzielnie płacić. Natomiast za wizytę kontrolną nie płaci się nic.
Z mężem chodzimy jednak przy mniej istotnych dolegliwościach do szpitala państwowego, ponieważ jesteśmy ubezpieczeni i opiekę mamy za darmo, a wiadomo, że za zwykłe przeziębienie czy grypę nie warto płacić 70TL, dla Nas to dużo. Chociaż w zeszłym roku raz zdarzyło się, że za pobranie krwi kazano Nam zapłacić 20 TL (ok. 40zł), pamiętam, że wtedy rząd nie dopłacił czegoś do opieki zdrowotnej (był strajk)  i dlatego wprowadzono na jakiś czas opłaty za badania laboratoryjne. W każdym razie część lekarzy z prywatnych szpitali pracuje także w państwowych, jest to normalne, w prywatnych sobie dorabiają do pensji. Zdarza się trafić w państwowym na naprawdę dobrego lekarza, który się zaopiekuje i da serie potrzebnych badan.  Ja trafiłam na młodego doktora urologa z Turcji, który wyleczył mi nerki, z którymi borykałam się latami w Polsce, gdzie lekarze nigdy nic nie wiedzieli. Jedyny plus jaki tu zaobserwowałam i co mnie w sumie zdziwiło za pierwszym razem, to fakt, ze wyniki badan dostaje się od reki. Na RTG czekałam 2-3 minuty, przy dużej ilości pacjentów czeka się maksymalnie 10 min. Podobnie z wynikami krwi, moczu itd. Dostaje się za kilkanaście minut, lub po południu tego samego dnia. Pamiętam, ze w Polsce tak nie było. i chyba nadal nie  jest? Na wyniki musiałam czekać nawet kilka dni. Tu w każdym szpitalu czy to prywatny czy państwowy laboratoria są na miejscu, co skraca czas oczekiwania. Każdy wynik jest wpisywany do systemu komputerowego i dostajemy go w postaci wydruku z komputera, także nawet jeśli wynik zagubimy, możemy go zawsze odtworzyć.
Problem jest natomiast ogólny z rejestracja do szpitala. Mnie już rejestrowano 4 razy w szpitalu państwowym, źle wpisywano moje nazwisko panieńskie, a to literki poprzekręcano w moim imieniu. Ostatnia rejestracja nastąpiła teraz na Izbie Przyjęć, bo nie mogli znaleźć mnie w systemie. Zapewne jeszcze nikt nie zmienił mi nazwiska z panieńskiego na obecne, mimo, ze specjalnie byłam w szpitalnej rejestracji, zaraz po powrocie z Polski, żeby te kwestie uregulować, jak widać zastosowano tu metodę cypryjska czyli tzw "jutro, jutro". Mój mąż był również rejestrowany 2 razy, bo poprzekręcano jego nazwisko (a wcale trudne nie jest) i imię. Czasami dziwię się i zastanawiam, kto siedzi na tej rejestracji...? Jeszcze rozumiem moje dane łatwo przekręcić, bo nie jestem stąd, ale męża, który ma przecież tureckie imię i nazwisko i jeszcze w tym robić błędy?
Inna historia to poddawanie wszystkich rezydujących tu obcokrajowców (studenci, emeryci, małżonkowie bez obywatelstwa Cypru Północnego - jak ja, pracownicy zagraniczni) badaniom na choroby tzw. "cywilizacyjne", takie jak: gruźlica, HIV, Syfilis, Kiła, WZW itp. Badania są potrzebne do uzyskania wizy rezydenta. Niedawno wprowadzono zasadę, że bada się osoby do 65 roku życia co roku (przy każdym odnowieniu tejże wizy), a osoby starsze powyżej 65 roku życia, raz na 5 lat (bodajże). Badanie to możemy zrobić w każdym szpitalu, koszt jest taki sam 60TL (ok.120zl). Wynik badania krwi otrzymuje się po kilku dniach. Wcześniej trzeba poddać się próbie tuberkulinowej, która wykluczyć ma gruźlicę. Lekarz musi sprawdzić po kilku dniach jak zachowuje się blizna po zastrzyku i jeśli nie odbiega od normy, możemy iść na pobranie krwi na w/w wirusy. Wyniki są zawsze wydawane w zamkniętej kopercie, zamknięcie jest stemplowane stemplem placówki i podpisem wydającego. Nie wolno Nam jej otworzyć, prawo do otwarcia tej koperty ma wyłącznie urzędnik z wydziału imigracyjnego, gdzie dowiemy się czy dostajemy wizę czy deportacje, jeśli np któraś z tych chorób (a w szczególności HIV) będzie mieć wynik pozytywny. Kopertę musimy podać przy składaniu dokumentów, do tego czasu żyjemy w niepewności, szczególnie ja, bo boje się, ze zostanę zarażona przy pobieraniu krwi WZW C lub HIV, przez brak higieny w szpitalu i braku używania jednorazowych rękawiczek, dlatego unikam jak tylko mogę państwowych szpitali, a szczególnie pobierania tam krwi itp.
Zasada nr 1 - nie chorować, jeśli już to biec do szpitali prywatnych, ewentualnie zasada nr 2 - w państwowym szpitalu szukamy lekarza, młodego, który skończył medycynę w Turcji, a nie na wyspie (studia medyczne oferują prawie wszystkie tutejsze uniwersytety), będzie szansa na to, że będzie mówił po angielsku i fachowo się zajmie pacjentem, zasada nr 3 - prosić i wykłócać się o zmienianie i zakładanie przy Nas jednorazowych rękawiczek!!!
Zastanawia mnie jak tu się przeprowadza wszelkie operacje, też bez rękawiczek? A może ciągle w tych samych? Zgroza...strach pomyśleć jak to wygląda - oby nie było mi dane tego doświadczać. Ciekawa dla mnie jest postawa personelu, ich beztroska, czy nie zdają sobie sprawy, że przez nie zakładanie rękawiczek sami mogą siebie narażać, a nie tylko pacjentów? A może to cypryjskie lenistwo? Zastanawia mnie jak to jest z opieką zdrowotną w południowej części wyspy i w Turcji. Wiem, że mam czytelników, także z innych krajów. Opiszcie w komentarzach co sądzicie na ten temat i jak to u Was jest, jak to się odbywa. Może wywiąże się ciekawa dyskusja na ten temat?
Kończąc ten wpis życzę wszystkim moim czytelnikom dużo zdrowia !!! Obyście nigdy nie musieli korzystać z tutejszych i w ogóle wszelkich szpitali państwowych i nie tylko :)